sobota, 27 grudnia 2014

Kinowe podsumowanie 2014 roku

2014 powoli się kończy, więc wzorem chyba wszystkich postanowiłam zrobić podsumowanie roku. Skupiłam się przede wszystkim na filmach, które widziałam w kinie (z wyjątkami, głównie telewizyjnymi). Nadal bowiem zostało mi kilka DVD do zobaczenia (głównie z tymi oscarowymi filmami), więc oczywiście listę będą dominować przede wszystkim blockbustery. O zaległościach napiszę kiedy indziej.
PPS. Tak, wstydzę się tych zaległości, nadrobię to D:
Luty:
The Lego Movie
Śledziowy zaciesz :D

Bardzo chciałam zobaczyć ten film w kinie, ale udało się dopiero z DVD. I wiecie co? IT WAS AWESOME! Serio, to dowcipna ekranizacja zabaw, jakie chyba każdy toczył w dzieciństwie (ja na przykład z tych względów lubię scenę ze "SPACESHIIIIIP!"), okraszona strasznie fajną obsadą w oryginale (zaleta DVD, ale dubbing też daje radę), i w dodatku najlepsze kinowe przedstawienie Batmana (a jak dodamy Wonder Woman i przezabawną relację Supermana z Green Lantern, to niech się powstające Justice League z Batfleckiem schowa!)
Marzec:
Only Lovers Left Alive

Jak można nie lubić takich protagonistów?

Bardzo dobry film, na który przyszłam dla Toma Hiddlestona, a wyszłam z Jimem Jarmuschem. Aktorstwo pierwszorzędne, zdjęcia i muzyka niesamowite, a narracja zaaskakująco niespieszna. Mimo tego nie chciałam rozstawać się ze światem przedstawionym, który ujął mnie między innymi ciekawą interpretacją wampiryzmu (daleką od wszelakich Edwardów i innych brokatowych wróżek) i nieśmiertelności. A z bohaterami to bym chętnie porozmawiała, nawet jeśli są, jak mówi w filmie Ava, "parą snobów".

Muppets Most Wanted
Bywam psychofanem. A intensywna "faza" na Jamesa McAvoya trwa tak od "First Class", sorry not sorry. 

Honourable mention, na który niedawno rodzinka natrafiła w telewizji. W zasadzie to film kierowany dla dzieci, ale nie mogłam przegapić nawet najkrótszego występu Toma Hiddlestona (z wąsem :D ). I się doczekałam, po drodze rozpoznając milion innych cameo. Najdumniejsza jestem z zauważenia tego dostawcy UPS ze znajomą rudawą brodą, który wg IMDB okazał się faktycznie być McAvoyem (niezbyt stosowne? Trochę psychofańskie?)

Captain America: The Winter Soldier
Kapitan, jak inne filmy drugiej fazy, ma przepiękne napisy. I sceny po nich (ja chcę już Age of Ultron!)

W tym roku powstały dwa najlepsze filmy Marvela, w dodatku zupełnie różne. Oto film, po którym Kapitan przestał być najmniej lubianym Avengerem. W ramach marvelowej zabawy genre movies dostaliśmy trzymający w napięciu thriller szpiegowski, w którym ścigany przez wszystkich Steve Rogers łączy siły z Natashą Romanoff (ja chcę więcej Wdowy w MCU!) i nowym super-znajomym, Samem Wilsonem (aka Falconem). Ale fajnie było to obejrzeć potem jeszcze raz na letnim maratonie drugiej fazy MCU :D

The Grand Budapest Hotel
Film, w którym każda klatka jest dziełem sztuki.

Jak na Wesa Andersona przystało, przepiękny film z niesamowitą obsadą. A fabuła tym razem operetkowa, ale nostalgiczna: opowiada o dziejach tytułowego hotelu znajdującego się w Żubrówce. I o historii konsjerża doskonałego, który zostanie wplątany w intrygę związaną z pewnym obrazem należącym do jego kochanki (znowu Tilda Swinton, tym razem ucharakteryzowana nie do poznania)
Kwiecień:
The Amazing Spider-Man 2
cytując tumblra: "a 90s dicaprio put through a fruit dehydrator"
Meh. W tym roku na filmach superbohaterskich bawiłam się lepiej. Cóż, lubię Garfielda jako Spideya (znacznie bardziej niż smętnego Maguire'a), Emmę Stone jako Gwen i polubiłam Dane'a DeHaana. Ale zdecydowanie nie zagrał scenariusz (jeżeli Śledź podczas seansu rozkminia dziury fabularne, to wiedz, że coś się dzieje). Aha, nie lubię takiej muzyki, ale Spidey kontra dubstep było chyba fajne. I podobała mi się (SPOILER ALERT) scena śmierci Gwen. Może i nie mam duszy, ale taka prawda.
Maj:
X-Men: Days of Future Past
Sequel prequela, czwarta część trylogii i jednocześnie reboot. To zdanie, wbrew pozorom, ma sens.

Mutanci! Czyli film, na którym prawie zjechałam z fotela fangirlując już na napisach początkowych. Spotkanie starej i nowej obsady, podróże w czasie, naprawianie kontinuum po Ostatnim Raku Bastionie, powrót Bryana Singera - zapowiadało się na hit lub kit. Ale się udało! Miło było znowu zobaczyć McKellena i Stewarta (wraz z resztą starej drużyny), ale też moich ulubieńców z First Class (i jeszcze bardziej fanię na McAvoya, który dał tu prawdziwy popis).
Aha. TAK, TA SCENA Z QUICKSILVEREM :D
Bohater, na którego wszyscy najpierw narzekali, a po filmie chyba każdy go pokochał.

Czerwiec:
How To Train Your Dragon 2
Też oglądam ten film dla smoków, zwłaszcza Szczerbatka

Ja chcę smoka! Film ukazał się już na DVD, jednak uważam, że warto było zobaczyć popisy skrzydlatych ulubieńców na srebrnym ekranie w 3D. Jak w wypadku Kung-Fu Pandy, sequel rozwija świat przedstawiony i family issues. A jak to jest animowane! Zdecydowanie 2014 był udany dla animacji.

Honourable mention dla The Fault in Our Stars, którego nadal nie zobaczyłam, w przeciwieństwie do mojej siostry (oddaję jej głos)
Najurokliwsza scena w filmie wg Śledzia Jr.

Film jest w miarę wierną ekranizacją powieści Johna Greena o tym samym tytule, która opowiada o miłości dwojga nastolatków chorych na raka. Osobiście film mi się nawet podobał, ale znam osoby, które nie oceniają go tak dobrze jak ja. Jednak im(w przeciwieństwie do mnie) nie przypadła do gustu również książka. Wszystko zależy od gustu.
PS. tak, jest to "wyciskacz łez"
Lipiec:
(Przedziwnym trafem nie obejrzałam żadnej premiery tego miesiąca)
Ale od tego momentu recenzje trafiały już na tę stronę, możecie je sobie odświeżyć, klikając na odpowiednie linki
Sierpień:
Guardians of the Galaxy
(single manly tear)

The Hundred-Foot Journey
Nawet nie ukrywam swojej sympatii do "filmów o jedzeniu"

Wrzesień i październik:
(kolejne puste miesiące, niemożebne)
Listopad:
Big Hero 6
Kolejna fajna animacja 2014, tym razem od Disneya i Marvela

Honourable mention dla Kosogłosa (znowu oddaję głos Śledziowi Jr)
Ależ oczywiście, że obejrzę ten film, ale jak wyjdzie na DVD

Opinie wielu osób są podzielone, jednak widać w tym pewną zależność. Nieczytający książki często uważają, że film bywa nudny i pozbawiony akcji, a fani powieści uznali Kosogłosa za fenomenalną adaptację. Należę do tej drugiej grupy.
Warto docenić grę aktorską, zwłaszcza aktorów wcielających się w nowe postacie (Natalie Dormer jako Cressida)
Grudzień:
Czekam na Hobbita, ale teraz to już tak perrwerrsyjnie (zaskakujące, jak bardzo mój fan Tolkiena wyparł Pustkowie Smauga). A poza tym to każdy wie, jak bardzo lubimy pisać złe recenzje (bo wątpię już w to, że film mi się spodoba)
Wątpię w PJa, najwyżej sobie popatrzę na Thranduila na łosiu
No, to by było na tyle. Dobrze mi się chodziło do kina w 2014. Może nawet sklecę notkę z kinowymi planami na 2015. A Wy, co szczególnie miło zapamiętaliście z tego roku?
Śledź



piątek, 12 grudnia 2014

Lets go and do some SCIENCE! Czyli recenzja Big Hero Six

Chciałam pójść na film. Całkiem sporo na niego czekałam, interesowałam się wiadomościami o nim, planowałam napisać recenzję. W zasadzie pójście na "Kosogłosa" miałam zaplanowane, gdy rok temu wychodziłam z sali kinowej po "W pierścieniu ognia". Ale po drodze pojawił się cudowny zwiastun nowego filmu Disneya, który pokazałam całej rodzinie. I tak oto już dzień po premierze familia Śledziów znalazła się na seansie "Wielkiej Szóstki". I świetnie się bawiła.
But first, lemme take a #SELFIE (musiałam)

Wydawać by się mogło, że nie miałabym nic do roboty w sali kinowej wypełnionej dziećmi (i rodzicami), które wydają się być grupą docelową każdej disneyowskiej produkcji. Uważam jednak, że o wielkości tych animacji stanowi fakt, że mogą sprawić frajdę osobie w każdym wieku. Zwłaszcza, że "Wielka Szóstka" była promowana jako film (luźno)oparty na komiksach Marvela.
Napisałam już, jak uroczy potrafi być ten film?

Jak to często bywa, nie zapoznałam się z materiałem źródłowym, ale dzięki internetowi dowiedziałam się o wielu wprowadzonych różnicach (w tym o kontrowersjach związanych z "wybieleniem" postaci Freda). Akcja wersji filmowej dzieje się w futurystycznym mieście San Fransokyo, gdzie razem z ciotką i bratem mieszka nastoletni geniusz Hiro Hamada. Chłopak wykorzystuje swój talent na nielegalnych walkach botów, do czasu, gdy jego brat Tadashi pokazuje mu znajdującą się na uczelni "nerdownię", w której razem z przyjaciółmi robi SCIENCE. Oczywiście Hiro od razu postanawia wziąć udział w konkursie naukowym, w którym nagrodą jest indeks (a design i animacja przygotowanego wynalazku są prze-cu-dow-ne). Jednak nie można zapomnieć, że oglądamy produkcją studia odpowiedzialnego za takie filmy jak "Król Lew" - podczas pokazu zdarza się tragedia, która sprawia, że Hiro pogrąża się w smutku, a potem postanawia pokonać tajemniczego zamaskowanego villaina, który ma być odpowiedzialny za nieszczęście. A wsparcia udziela mu właśnie ekipa z "nerdowni" i zaprojektowany przez Tadashiego medyczny robot Baymax.
Nietrudno polubić taką ekipę, nawet (a może zwłaszcza) w cywilu

Najjaśniejszym punktem filmu są właśnie bohaterowie: ich sukces polega na tym, że to grupa zupełnie różnych postaci, z których każda okazuje się wychodzić poza ramy stereotypu. Robot Baymax jest niezaprzeczalnie uroczy, ale po wgraniu mu nowego programu potrafi kopać tyłki (jak Neo po wgraniu mu nowego... Oh wait). Twardzielka GoGo okazuje się być niezwykle lojalna i wielkoduszna, a uwielbiajaca róż blondynka Honey Lemon może być bad-assem z laboratorium chemicznym w  torebce (duży punkt dla Disneya, strasznie mi się podoba wprowadzenie właśnie takiej postaci kobiecej). Wasabi zaś okazuje się być miłującym porządek i przepisy pedantem (choć mi to podchodzi pod OCD) z lękiem wysokości, jednak i tak jest ważnym ogniwem drużyny. Nawet Fred, zupełnie "nienaukowa" maskotka wydziału, nie jest tylko typowym luzakiem. W ogóle jest to świetna i zabawna postać, ale tylko do momentu, w którym łapiemy się na tym, że to właśnie z nim możemy się najbardziej utożsamiać...
Uwielbiam to, jak napisana została Honey Lemon. Nawet nie przeszkadza mi to, że z wyglądu bardzo przypomina Roszpunkę.  

Sama fabuła zaś jest bardzo fajna (i jak słusznie zauważa Malkontentka, w nieglupi sposób pokazuje młodszej widowni dość trudny temat przepracowania żałoby po bliskich). Znajduje się w niej miejsce i na śmiech, i na łzy. Akcja czasem pędzi na złamanie karku, a czasem daje moment wytchnienia, ale na pacing nie można narzekać.
MIKROBOTY. Nuff said.

Dobrze spisuje się również animacja (jak zawsze u Disneya). Po "Zaplątanych" i "Krainie Lodu" wydaje się, że Disney odnalazł już swój charakterystyczny styl również w animacji komputerowej. Każda z postaci tworzących Wielką Szóstkę wyróżnia się nie tylko charakterem, ale również graficznie. Świetnie też został wykreowany świat przedstawiony - kiedy tempo zwalnia, miło się obserwuje detale obserwujące San Fransokyo. Jego architektura to ciekawe spojrzenie na melanż zachodniej i wschodniej kultury. Muszę również powtórzyć zachwyty nad designem wynalazków (zwłaszcza mikrobotów). Mimo wszystko jednak mam wrażenie, że "Big Hero Six" nie przebiło "Frozen" pod względem animacji - ale naprawdę trudno przebić tamtą animację śniegu (przynajmniej teraz, poczekamy, zobaczymy)
Cytując Tumblra:
"A very accurate depiction of a cat owner
Also drunk people
Especially DRUNK CAT OWNER"

Co do humoru - przed premierą pojawiały się narzekania na Baymaxa, który miał stanowić element komiczny z gatunku "it's funny because he's fat". Szczęśliwie jednak udaje się przemycić twórcom te nieco bardziej abstrakcyjne dowcipy związane z relacją robota i człowieka (a propos: w kilku scenach pojawiały się idealne momenty na wykorzystanie Praw Robotyki Asimova, byłby to miły ukłon dla osób zainteresowanych tematem). Sceny zaś, w których Baymaxowi wyładowuje się bateria, są sprytnym pomysłem na pokazanie w filmie dla dzieci zachowań właściwych pijanemu człowiekowi. Film jednak nie przekracza granicy dobrego smaku - w przeciwieństwie do wielu wyświetlanych przed seansem zwiastunów przedświątecznych produkcji, na których dosyć często odczuwałam "second-hand embarassment".
Dzieje się, jest zabawnie, a całą produkcję można oglądać bez zażenowania.

"Big Hero Six" sprawdza się jako film Disneya, ale jest też świetną zabawą dla fanów filmów Marvela. Wszystkie elementy składające się na fajny film o superbohaterach są - różnorodne postaci i interakcje między nimi, dowcipne dialogi, wartka akcja, villain z tragiczną historią, widowiskowe konfrontacje, oraz REWELACYJNA scena z Fredem, w której oddany jest nieco autoironiczny hołd komiksom i czytającym je geekom. Aha, i nie zapomnijcie o scenie po napisach (na której zostało jeszcze mniej osób niż na tej po Amazing Spidermanie 2) oraz cameo Stana Lee (łatwo o nim zapomnieć, ale jak już się pojawi, to spadniecie z krzeseł). Big Hero Six nie jest powiązane z MCU, ale jeśli je lubicie, na pewno będzie warto zobaczyć animację.
Avengersi, Guardiansi: macie poważną konkurencję w kategorii "ulubiona drużyna"

Co do tłumaczenia i dubbingu - nie narzekam. Oczywiście nie miałam jeszcze okazji porównać go z oryginałem, ale polska wersja dała radę. Szczęśliwie uniknęłam częstego wrażenia, że ktoś "brzmi znajomo". Nawet umknął mi fakt, że Zbigniew Zamachowski udzielał głosu Baymaxowi, którego na pewno nie skojarzyłabym chociażby ze Shrekiem, gdyby nie napisy końcowe. Tłumacznie zaś brzmi nieźle, nawet brak w nim nadużywanych modnych zwrotów obcojęzycznych i "wierzbiętyzmów" (nie licząc kota Mohera).
W skrócie: oglądajcie. Warto. Bardzo.

Podsumowując - trudno mi narzekać na Big Hero 6, ale jeszcze trudniej spisać mi zachwyt w słowa. Dlatego nie będę dłużej przedłużać - zabierzcie znajomych nerdów, młodsze rodzeństwo lub całą rodzinę na ten film, wszyscy będą się na nim dobrze bawić. A jeśli nie znajdziecie chętnych - biegnijcie sami do kina!
Śledź

środa, 12 listopada 2014

Hiatus

Cześć!
Chciałabym w tym miejscu przeprosić Was za niewyjaśnioną ciszę na blogu. Nie zapomniałam o nim - po prostu mam za wiele pracy w realu. I nie zabrakło mi tematów - mam wiele przemyśleń, którymi chciałabym się tu podzielić. Część z nich spisuję obecnie dla Staszic Kuriera i W ogóle - sprawdźcie te linki. Mam nadzieję, że już wkrótce wrócę do prowadzenia bloga, który odrodzi się jak Feniks z popiołów.
Sorry not sorry, w mej miłości do mutantów MUSIAŁAM.
Do zobaczenia wkrótce!
Śledź

piątek, 10 października 2014

Czytając i słuchając o Londynie Pod - "Nigdziebądź"

Bardzo lubię twórczość Neila Gaimana. Zaczęło się, kiedy pokochałam Świat Dysku Pratchetta i sięgnęłam po napisany przez obu twórców "Dobry omen". Potem przyszła pora na inne książki (np. "Amerykańscy Bogowie" czy "Gwiezdny pył") i komiksy (o "1602" już tu wcześniej pisałam, obecnie kończę czytać "Sandmana"*). Nie wiedzieć czemu, długo nie zabierałam się do lektury "Nigdziebądź", które czekało na Kindle'u od czasu impulsywnego zakupu w promocji Amazona. Impulsem, który sprawił, że przysiadłam do lektury, była informacja o słuchowisku BBC (jestem z tych, co przed zobaczeniem spektaklu, filmu lub wysłuchaniem audycji starają się zapoznać z literackim pierwowzorem).

Moje ulubione wyobrażenie Mr. Croupa i Mr Vandemara

"Nigdziebądź" ma za sobą ciekawą historię. Najpopularniejsza jest chyba książka, ale nie wszyscy wiedzą, że jest to nowelizacja napisanego przez autora miniserialu BBC. W zeszłym roku zaś powstało słuchowisko, w którym wystąpiło mnóstwo gwiazd (James McAvoy, Natalie Dormer, Benedict Cumberbatch, sir Christopher Lee...)

Obsada wersji radiowej w całej okazałości

Głównym bohaterem powieści jest Richard Mayhew, zwyczajny londyńczyk, który pewnego dnia zauważa na ulicy ranną dziewczynę, której postanawia pomóc. Wkrótce Richard "znika" z Londynu Nad i zostaje wplątany w intrygę rozgrywającą się w znacznie niebezpieczniejszej, podziemnej i pełnej magii wersji miasta - Londynie Pod. Unlikely hero podczas swojej misji oczywiście musi wykazać się mnóstwem dotychczas nieposiadanych cech i się zmienić. Podczas lektury zauważałam oczywiście używane przez autora (prawdopodnie z rozmysłem, jak na postmodernistę przystało) klisze fabularne, ale nie odebrało mi to przyjemności z lektury.
Skąd w Londynie Pod anioł? Tak jak wszystko inne - z zabawy naszymi nadziemnymi nazwami i słowami

Londyn Pod okazał się bowiem miejscem fascynującym. Zaintrygował mnie i wciągnął. Jego różnorodność, tajemniczość i magia, w połączeniu z wieloma ciekawymi pomysłami dają mieszankę, którą chce się poznawać. Polubiłam też zamieszkujące go, wielobarwne osobowości - m.in. Drzwi, Markiza de Carabasa (Kot w butach się kłania) i innych towarzyszy Richarda.
Skoro mówimy o głosach: wybaczcie, MUSIAŁAM.

Tym bardziej byłam ciekawa, jak te postaci zinterpretują moi ulubieni aktorzy. Powiem tyle: słuchowisko okazało się ge - nial - ne. Audycja radiowa nie może posługiwać się sugestywnymi wizualnie kadrami ani opisami narratora - ekspozycja musi być nienachalnie wpleciona w dialogi. Można by pomyśleć, że świat przedstawiony na tym traci, ale nie czułam niczego takiego, zasiadając do słuchania z wykształconą w wyobraźni własną wersją Londynu Pod. Może to też dlatego, że duża część uniwersum to "słowa, słowa, słowa" - to, co znajduje się w Londynie Pod, czesto jest efektem kreatywnego przetworzenia przez autora nazw i terminów z naszego nadziemnego, zwykłego świata. Fabuła i postacie na zmianie medium nie straciły.
Richard w wykonaniu Jamesa McAvoya jest dokładnie taki, jaki powinien być (zresztą na początku lektury wyobraziłam sobie tego bohatera nieco jak Wesleya z "Wanted") -na początku uroczo niepozorny i do bólu zwyczajny, z cudownym szkockim akcentem. Dobrze wypada też Natalie Dormer jako Door. Sir Christopher Lee jako Earl - klasa sama w sobie. Miłym zaskoczeniem okazała się Sophie Okonedo jako Hunter - bardzo polubilam jej głos. Najlepiej jednak oceniam Benedicta Cumberbatcha jako anioła Islingtona. Ten coraz popularniejszy aktor demonstrował już swoje głosowe możliwości w "Hobbitach", a w drugiej części był najjaśniejszym punktem filmu. Jego Smaug jest nieziemski, groźny, tajemniczy i zabójczo inteligentny - i takimi cechami został obdarzony Islington. Wspomnę jeszcze o momencie, w którym zaczyna podspiewywac "Heaven, I'm in heaven"... :D
Ze wszystkich fanartów przedstawiających Islingtona, ten jest chyba najbliższy moim wyobrażeniom

"Neverwhere" zostało zrealizowane w formacie sześciu odcinków - pierwszy trwa godzinę, pozostałe pół. Okazało się, że to odpowiedni dla mnie format do słuchania przed snem - polecam taki miły sposób na wyciszenie się :)

Dla fanów twórczości Gaimana i miłośników urban fantasy "Nigdziebądź" to lektura obowiązkowa. Warto potem posłuchać radiowej adaptacji BBC, zwłaszcza, jeśli jesteście fanami choć jednego z występujących aktorów i szeroko pojętej brytyjskiej kultury. Jak wszystkie dobre rzeczy, tak i to słuchowisko szybko się kończy, nie jest to jednak powód do smutku - w końcu wkrótce powstanie zrealizowana w podobnej konwencji audycja na podstawie "Dobrego omenu" - nie mogę się doczekać! :D

W ogóle temat słuchowisk jest bardzo ciekawy - na Halloween planuję napisać o bardzo intrygującym podcaście. Jeśli chodzi o inne planowane notki, wybieram się na dwa spektakle - "Oniegina" i "Wiśniowy sad" i postaram się je omówić też pod koniec października. W przyszłym tygodniu prawdopodobnie nic nie wstawię - będę podróżować, ale może później coś o tych wojażach opowiem. A co kulturalnego Wy planujecie?
Śledź
*Czekam na zapowiadaną ekranizację - i nie zmienia tego nawet fakt, że ma do niej pisać Goyer - znaczy zmienia tyle, że czekam, ale z niepokojem. Dlaczego ten człowiek jest związany z chyba wszystkimi projektami DC, na które liczę? (wliczając w to "Constantine'a)

środa, 1 października 2014

REKIN! Czyli po finale Nimony

Dzisiejszy nadprogramowy wpis powstaje, bo chciałabym podzielić się z Wami moimi odczuciami po finale pewnego webcomicsu. Mowa tu o wielokrotnie nagradzanej "Nimonie". Autorką komiksu jest Noelle Stevenson, znana też jako GingerHaze (o jej twórczości wspominałam już przy okazji recenzji "Fangirl").
Punkt wyjścia fabuły jest dość prosty, ale historia szybko nabiera rozpędu. Do Ballistera Blackhearta, głównego villaina świata przedstawionego, pewnego dnia zgłasza się nastolatka z dziwną fryzurą. Przedstawia się jako Nimona i mówi, że ma zostać jego sidekickiem. Mimo, że Ballister jest temu przeciwny, wkrótce okazuje się, że dziewczyna ma pewne przydatne w fachu zdolności: potrafi zmieniać postać.
Ogromną zaletą "Nimony" jest gra konwencjami i motywami pochodzącymi z różnych gatunków. Mimo, że świat przedstawiony najwięcej wspólnego ma że stylistyką fantasy, pojawiają się w nim elementy współczesnej technologii (na przykład telewizja), czasami zahaczające o science-fiction. Zrąb fabuły również opiera się na popularnych w kulturze kliszach, często postmodernistycznie bawiąc się nimi. Na archetypach (villaina, sidekicka, przeciwnika-dawnego przyjaciela) oparci są bohaterowie. Gingerhaze jednak na tej kanwie udało się stworzyć pełnokrwiste, fascynujące postaci z pełnymi humoru interakcjami. Wyróżnia się tu zwlaszcza tytułowa bohaterka i jej relacja z Ballisterem. Widoczne są tu inspiracje motywem mistrz-uczeń, a w pewnym momencie Nimona i Blackheart stają się niemalże rodziną. Nie powinno więc dziwić, że fillerowe w swojej naturze odcinki okazjonalne (halloweenowe, świąteczne itp) sprawiają tak dużo przyjemności jak główny wątek (okazuje się przy tym, że nie powinno się grać w planszowki z osobą, która rozzłoszczona jest w stanie zionac ogniem na planszę)
Choć sama autorka mówi, że historia stanowi pojedynczy story arc, w strukturze komiksu można wyróżnić dwie części: pierwsza opiera się na humorze związanym z recyklingiem popkulturalnych motywów. Pada jednak poważniejsze pytanie: kto jest dobry, a kto zły?, które zostaje fabularnie rozwinięte w ciągu dalszym opowieści, kazacym się jeszcze zastanowić, czy Nimona jest potworem. Konwencja staje się mroczniejsza i "bardziej feelsowa," (nadal nie znam dobrego polskiego odpowiednika, więc posługuje się spolszczonym zapozyczeniem) pojawiają się tu nawiązania (nie wiem, na ile zamierzone, a na ile to moje fanbojstwo X-Menów) do Weapon X. Ostatnie strony trzymają w napięciu, każą liczyć na zwrot akcji, który doprowadzi do happy endu. Następuje on, ale zamiast szczęśliwej końcówki dostajemy otwarte zakończenie - zostanie ono uzupełnione epilogiem w papierowym wydaniu HarperCollins.
Oczywiście nie można nie wspomnieć o stronie graficznej. Chcarakterystyczna, lapidarna kreska dobrze pasuje do prowadzonej narracji. W dodatku podczas lektury rzuca się w oko, jak przez lata ewoluuje warsztat autorki - cieniowanie staje się odwazniejsze, kolory zywsze, tło bardziej dopracowane - ale styl pozostaje niezmienny i rozpoznawalny.
Co prawda "Nimona" się zakończyła, ale GingerHaze zapowiedziała już nowy projekt. Zawsze można też zobaczyć polski, tworzony przez Kiciputka (współautorki Barw Biedy) komiks Shadowshifters, który zapowiada sie intrygująco. A Wy czytacie jakieś inne warte polecenia webcomicsy?
Śledź

niedziela, 28 września 2014

The Tale of One City - moje wrażenia po pilocie "Gotham"

Rozpoczęła się jesień, a wraz z nią nadszedł czas premier serialowych. Rzecz jasna i to medium zostało opanowane przez historie ze światów Marvela i DC - w tym tygodniu mogliśmy się cieszyć powrotem "Agents of S.H.I.E.L.D" i premierą "Gotham", na horyzoncie widać też "Constantine'a" (którego nie mogę sie  doczekać), "Flasha" (jestem ciekawa, jak twórcy poradzą sobie z pokazaniem jego supermocy, w końcu poprzeczka została wysoko postawiona przez X-Menowego Quicksilvera), "Agent Carter", a na wiosnę ma wyruszyć owoc współpracy Marvela z Netflixem - "Daredevil", a to nie wszystkie tytuły związane z komiksem. Można tu się pokusić o (niezbyt oryginalną) refleksję, że formie serialu znacznie bliżej do komiksowego sposobu narracji niż kinu. Nie wiem, rzecz jasna, jak "Gotham" wypadnie na tle innych produkcji. Samodzielnie jednak pilot całkiem nieźle się obronił, choć nie podjęłam jeszcze decyzji, czy będę śledzić cały sezon. Potrzebuję jeszcze odcinka lub dwóch, żeby podjąć decyzję.



Nie wiedziałam, czego oczekiwać po "Gotham". Nie mam tu na myśli fabuły - wręcz przeciwnie, koncept opowiedzenia historii miasta Batmana bez Batmana przypadł mi do gustu, ale mieszane opinie. W blogosferze przeważały pozytywne recenzje, ale kilkoro moich znajomych, kolokwialnie mówiąc, zjechało produkcję. Nie miałam więc ani wygórowanych, ani obniżonych oczekiwań.



W pilocie "Gotham" sporo się dzieje: twórcy ewidentnie starają się pokazać jak najwięcej komiksowych postaci, nawet na chwilę. Pierwszy odcinek rozpoczyna się zabójstwem Wayne'ów, którym zamierza zająć się nowoprzybyły detektyw James Gordon (Ben McKenzie) razem z niechętnym partnerem Harveyem Bullockiem. Jego sceptycyzm okaże się być uzasadniony, gdy Gordon odkryje, jak bardzo przeżarte złem jest Gotham, a macki mafii oplatają również policję.



Tytułowy bohater spisuje się  naprawdę dobrze: miasto jest mroczne, ale też stylistycznie niejednorodne: gotyckie gargulce kontrastują z jaskrawymi neonami szemranych lokali. Niektórym to przeszkadzało, ale mi taka wizja przypadła do gustu. Gotham ma w sobie to "coś", co sprawia, że łatwo uwierzyć, iż taka metropolia pożera ludzi. Takie miejsce chce się oglądać na małym ekranie, ale nie zamieszkać w nim.
Jeżeli zaś chodzi o głównych ludzkich bohaterów, na razie są to raczej archetypy: Gordon to niedoświadczony, młody idealista (co zostaje dobrze odegrane), a Harvey to stary cynik. Starcie takich dwóch osobowości to stary i sprawdzony schemat z buddy cop movies, ale nie służy tu spiętrzeniu elementów komicznych. Mam nadzieję, że ten sztampowy punkt wyjścia stanie się okazją do niejednoznacznych rozwinięć akcji i rozwoju postaci, choć trudno formułować w takiej kwestii sądy po jednym odcinku. Pozostaje czekać



Podczas śledztwa Jim i Harvey napotykają mnóstwo osób, które w przyszłości staną się antagonistami Człowieka-Nietoperza. W ten sposób zapowiadane nawiązania dla fanów komiksu okazują się często rzucaniem nazwisk - nieco odbiera to przyjemność z wyłapywania easter-eggów, które powinny być chyba jednak bardziej zakamuflowane. W tak licznym gronie uwagę przyciągają najbardziej Pingwin (rola z ogromnym potencjałem) i Edward Nygma, który obecnie pracuje w policji i tylko czasem zamiast podać odpowiedź woli zadać zagadkę.



Aktorski serial zdecydowanie daje radę: wspomniane powyżej postaci zdecydowanie zwracają na siebie uwagę, Gordon jest tak prawy i szlachetny jak powinien być na początku swojej drogi życiowej, ciekawi mnie, co ukrywa serialowa wersja Alfreda. Nawet teatralnie odegrana Fish Mooney (postać napisana na potrzeby serialu, grana przez Jade Pinkett-Smith) odnajduje się w nietypowej scenerii Gotham.
Bo w tym mieście bezprawia wszystko smakuje nieco inaczej. Nawet znane schematy, klisze i archetypy dobrze mu się oglądało. Pilot nakreślił punkt wyjścia, zarys akcji, pozwolił wejść w świat przedstawiony i utrzymać moje zaciekawienie przynajmniej do następnego odcinka.



Czego więc zabrakło? Oglądałam "Gotham" z przyjemnością, ale zabrakło mi efektu "wow". Spodobało mi się, ale nie olśniło. Nie wiem dlaczego, to prawdopodobnie kwestia subiektywnych odczuć. Swoje zrobiły też dialogi, które bywały w niektórych momentach nienaturalne, kliszowe, sztuczne i w ogóle mogłyby być zdecydowanie lepsze.



Zastanawiam się też nad przyszłością serialu: kierunek nakreslony w pilocie sugeruje motyw śledztwa w sprawie zabójstwa Wayne'ów, ale nie można tego ciągnąć w nieskończoność (może zbyt optymistycznie zakładam, że serial produkowany przez FOX utrzyma się dłużej niż jeden sezon). Z jednej strony pomysł stojący za "Gotham" jest ciekawy i może zostać dobrze rozwinięty, ale równie dobrze może stać się proceduralem na licencji od DC, czego wolałabym uniknąć.



Mimo mojego braku entuzjastycznego zachwytu "Gotham" nadal pozostaje dobrą pozycją, której fanom komiksu chyba nie muszę przybliżać. Laikom też mogę polecić ten serial. Wciąż jednak nie mogę podjąć jednoznacznej decyzji, bo pilot zostawił mnie z większą liczba pytań, niż odpowiedzi (dotyczących szeroko pojętej przyszłości serialu). Na pewno jednak powrócę do miasta Batmana bez Batmana przynajmniej raz, oczekując na kolejne komiksowe i nie tylko premiery.
Śledź

wtorek, 23 września 2014

Wyzwanie czytelnicze - Geralt a baśnie

Niedawno Rusty Angel
zaproponowała pisanie recenzji historii będących retellingami klasycznych opowieści, takich jak baśnie czy legendy. Nie musiałam się zbyt długo zastanawiać nad wyborem.Chciałabym w tym tekście opowiedzieć o opowiadaniach Andrzeja Sapkowskiego, który w "Ostatnim Życzeniu" i "Mieczu Przeznaczenia" zawarł sporo mniej lub bardziej zakamuflowanych nawiązań m.in. do baśni Andersena i Braci Grimm.
Urodziłam się w drugiej połowie lat 90. Pamiętam więc kupowane przez tatę wiedźmińskie książki z dopiskiem na okładce: "Polityka poleca: czytaj polską fantastykę" i ilustracjami z przerażającymi mnie wówczas czaszkami. Do przygód Geralta wróciłam kilka lat później - w gimnazjum. Lektura opowiadań i sagi wywarła na mnie wtedy spory wpływ. Obecnie zauważam wady pięcioksięgu, ale nadal mam do niego sporo sentymentu i lubię powracać do świata wykreowanego przez Sapkowskiego. Jeszcze bardziej jednak uwielbiam historie zawarte w "Ostatnim Życzeniu" i "Mieczu Przeznaczenia"



Prawie wszystkie opowieści z tych dwóch tomów mają coś wspólnego z baśniami i mitami. Pierwsze opowiadanie o Geralcie, "Wiedźmin", nawiązuje do archetypu zakletej królewny, z której trzeba zdjąć urok, nie reinterpretuje jednak tego toposu. W "Kwestii Ceny" mamy zaczarowanego rycerza, oraz dosyć luźną aluzję Calanthe do baśni o Kopciuszku. W "Ostatnim Życzeniu" wykorzystany jest motyw dżinna rodem z "1001 nocy". Najciekawiej w tym tomie prezentują się moim zdaniem opowiadania "Ziarno Prawdy" i "Mniejsze Zło", ponieważ śmielej poczynają sobie z literackimi oryginalami, śmiało je reinterpretując.
W "Ziarnie Prawdy" nietrudno znaleźć inspiracje historią Pięknej i Bestii. Najciekawszą zmianą względem punktu odniesienia jest swoiste odwrócenie ról: to wybranka przemienionego w niedźwiedzia Nivellena okazuje się być potworem. Jednocześnie przez opowiadanie przewija się lejtmotyw prawdy w legendzie czy baśni oraz prawdziwej miłości. 

Ilustracja Ziarna Prawdy autorstwa OFFO, który stworzył tez pracę nawiązującą do Mniejszego Zła (poniżej)


"Mniejsze Zło", nagrodzone Zajdlem (słusznie moim zdaniem) porusza znacznie bardziej skomplikowane kwestie moralne. Sam pomysł zmutowanych księżniczek zamykanych w wieżach to przewrotna zabawa ze znaną baśniową konwencją. Historia jednej z nich, Renfri zwanej Dzierzbą, to krwawa i brutalna wariacja na temat opowieści braci Grimm. Dziewczynka, która według maga miała być zdegenerowanym potworem niosącym zagładę dorosła, i szuka zemsty na swoim prześladowcy. Czarodziej Stregobor jednocześnie utwierdza się w swoim przekonaniu i uważa, że jej śmierć będzie tytułowym mniejszym złem. Ich postawy, tak do siebie podobne, różnią się jednak od filozofii Geralta, który zostaje uwikłany w konflikt, mimo wierzeń, iż nie ma czegoś takiego jak "mniejsze zło". W opowiadaniu nic nie jest oczywiste ani czarno-białe, nawet "ostatni sprawiedliwy" wiedźmin nie pozostaje niewinny, o czym świadczyć będzie jego nowe miano Rzeźnika z Blaviken. "Mniejsze Zło" nawet po ćwierćwieczu (powstało w 1990) wywiera ogromne wrażenie i z niekrytą przyjemnością do niego wracam. 



Oczywiście muszę też powiedzieć trochę o opowiadaniach z "Miecza Przeznaczenia" (choć osobiście wolę te z pierwszego zbioru). W "Okruchu Lodu" najważniejszy jest wprowadzony już w "Ostatnim Życzeniu" wątek związku Geralta i Yennefer, która opowiada tu legendę z Aedd Gynvael o tajemniczej królowej, która w zimie pojawia się na saniach, a serce każdego, kogo dotkną odłamki jej szkła, zmienia się w okruch lodu i nieszczęśnik podąża za nią... Brzmi znajomo?
Podczas przeglądania DeviantArta, natknęłam się na takie cudo. Strasznie podoba mi się, jak BangaloreMonkey nawiązuje do stylu Muchy
Nawiązania do innej baśni Andersena pojawiają się też w "Trochę poświęcenia". Najważniejszym wątkiem są co prawda relacje Geralta, Jaskra i jego koleżanki po fachu, Essi. Jednocześnie na kartach książki pojawia się miłość syrenki Sheenaz i księcia Aglovala, który nie chce się poświęcać dla ukochanej, woli, żeby to ona zrezygnowała ze swojego dotychczasowego, podmorskiego życia. Historia jednak ma, w przeciwieństwie do wersji Hansa Christiana (tutaj wymyślonej przez Jaskra na użytek ballady), szczęśliwe zakończenie.

Uwielbiam prace AnoR, zwłaszcza tę wersję Oczka


Rzecz jasna, inteligentna zabawa konwencją i znanymi tropami to niejedyna zaleta opowiadań Sapkowskiego. Recenzja nie byłaby kompletna, gdybym nie wspomniała o języku. To narzędzie do snucia opowieści w wiedźmińskim cyklu staje się samo w sobie walorem. Inteligentnie stosowana stylizacja (archaizacja, kolokwializacja, stylizacja środowiskowa) daje niesamowity efekt. Polszczyzna wydaje się nie mieć żadnych tajemnic przed Sapkowskim. Podobnie mitologia słowiańska - cieszy mnie to, że nawiązania odnoszą się też do rodzimego kręgu kulturowego. Nie wspominając też o dobrze dawkowanym, niekiedy czarnym jak smoła humorze, który, podobnie jak wiele innych środków, służy między innymi do łamania zasady decorum.
Oczywiście mogłabym jeszcze długo rozprawiać o rozlicznych zaletach książek o Geralcie. Jednak na tym zakończę, zwłaszcza że już opisałam to, co w kontekście wyzwania jest najciekawsze - nowe podejście do baśni. Nie sądzę, żeby ktoś z Was "Wiedźmina" nigdy nie czytał. Jeśli jednak tak jest - koniecznie nadróbcie te zaległości, bowiem właśnie ominęliście chyba najlepsze polskie fantasy i fenomen popkultury lat 90. W innym wypadku do powrotu do opowiadań chyba nie muszę was namawiać. Będzie to dobry sposób na spędzenie kilku jesiennych wieczorów. Zachęcam też do sięgania po inne pozycje retellingami klasyki i pisanie ich recenzji do wyzwania.
Śledź

sobota, 13 września 2014

Spóźniona relacja z inauguracji Służewskiego Domu Kultury

Cześć,
Nie pisałam nic w tym tygodniu. Niestety wrzesień wykazał, że mam sporo roboty i ambitny, powzięty podczas wakacji plan publikowania dwóch wpisów tygodniowo stał się awykonalny. Postaram się jednak dodawać coś nowego w każdą sobotę, a dodatkowe teksty będą się ukazywać w niektóre wtorki (obie daty z dokładnością do jednego dnia). Zaglądajcie więc na fanpejdż, na którym staram się zamieszczać informacje o przebiegu prac. Obecnie mam w planach między innymi notkę (może i niejedną) do wyzwania czytelniczego, coś o Nimonie (która wkrótce się kończy) i artykuł do Staszic Kuriera (a deadline już jutro). Dzisiaj zaś chciałabym podzielić się z Wami moimi wrażeniami z wydarzenia, w którym uczestniczyłam już tydzień temu.
Mieszkam w Warszawie od kilkunastu lat, i w związku z tym codziennie oglądam to, jak miasto zmienia się na lepsze i coraz przyjaźniejsze dla mieszkańców. Jedną z tych pozytywnych zmian jest otwarcie nowego budynku Służewskiego Domu Kultury. Odwiedźcie go kiedyś - jest położony przy ulicy Bacha, a właściwie w Dolince Służewieckiej. Budynki wyróżnia minimalistyczny wygląd, który moim zdaniem dobrze komponuje się z okolicą. Kompleks nieco nawiązuje wyglądem do wiejskich chatek, pokryty jest w sporej części drewnem. Nie mogę tu zapomnieć o ogromnych oknach, które sprawiają, że sale są dobrze oświetlone.
W takim miejscu wywieszone zostały mniej znane prace związanego ze Służewiem Zdzisława Beksińskiego - jego fotografie i rysunki. Można je zobaczyć za darmo do końca września. Są one mniej znane niż mroczne obrazy twórcy, ale równie doceniane przez krytyków. Wywierają niesamowite wrażenie i zdecydowanie warto poświęcić trochę czasu na zapoznaniem się z tym obliczem artysty.
Jednak główną atrakcją wieczoru był koncert Grzegorza Turnaua. Piosenkarz dokonał czegoś niesamowitego - wykreował w warszawskim parku atmosferę innego kochanego przeze mnie miasta - Krakowa, spod którego pochodzę. Wszystko to dzięki tak kojarzącym się z tym miastem piosenkom, takim jak "Bracka", "Pompa" czy "Cichosza". Przy tym ostatnim utworze artysta zaproponował widowni wspólne gwizdanie - efekt był niesamowity!
Strasznie też podobał mi się dystans do siebie wykonawcy, który pokazał widowni na przykład własne tłumaczenie piosenki Johna Lennona dokonane w wieku kilkunastu lat. Jego dosłowność połączona z brakiem rytmu, rymu i rozłożeniem akcentu wywarła przekomiczny efekt. Podobnie z "Na plażach Zanzibaru", w których Grzegorz Turnau naśladował nieobecnego współwykonawcę - Sebastiana Karpiela-Bułeckę. Muszę też wspomnieć też w tym momencie o coverze "Historii pewnej podróży" Marka Grechuty.
Nie jestem osobą, która często chodzi na koncerty. Lubię cieszyć się muzyką w domowym zaciszu, nagłośnienie przy wydarzeniach publicznych bywa za duże, nie wspominając już o tłoku. Na inauguracji SDK było naprawdę sporo osób, które szybko zajęły miejsca siedzące i nie tylko, jednak dobrze się bawiłam. Minął już tydzień, więc niektóre detale umknęły mi z pamięci, ale dobre wspomnienia zostały, co najważniejsze. Cieszę się, że w Warszawie można znaleźć takie wydarzenia i zapraszam do SDK już 21 września na festiwal Dzielnica Kultury Mokotów!
Śledź

niedziela, 7 września 2014

Lista 100 książek BBC, czyli Śledź przyjmuje wyzwanie

Hej,
Wybaczcie brak weekendowego wpisu. Jest to spowodowane zadziwiającą wręcz ilością życia, jakie udało mi się mieć przez te dwa dni. Część nawet planuję opisać (inauguracja Służewskiego Domu Kultury - mam nadzieję, że wpis będzie na blogu już we wtorek).
Przeglądając internet, znalazłam na blogu Q listę, o której istnieniu nieco zapomniałam. Listę stu książek BBC (które ponoć uważa, że większość ludzi przeczytało 6 pozycji). Kiedy na Facebooku pojawiły się ankiety, podobna też tam była, a po wypełnieniu (i kilkukrotnym uaktualnianiu) okazało się, że przeczytałam ponad 20. Jak wiecie, Śledź jest jeszcze młody i ma jeszcze dużo czasu na czytanie (i nie tylko). Postanowiłam więc ten rok szkolny przeznaczyć na polepszenie swoich statystyk u BBC. Zwłaszcza, że dwie ostatnio ukończone przeze mnie lektury dziwnym trafem należą do listy. Do dzieła!
Pogrubione pozycje już przeczytałam, zamierzam w trakcie lektury aktualizować listę i pod koniec roku szkolnego napisać małe podsumowanie.


1. Duma i uprzedzenie – Jane Austen
2. Władca Pierścieni – JRR Tolkien
3. Jane Eyre – Charlotte Bronte
4. Seria o Harrym Potterze – JK Rowling
5. Zabić drozda – Harper Lee
6. Biblia
7. Wichrowe Wzgórza – Emily Bronte
8. Rok 1984 – George Orwell
9. Mroczne materie – Philip Pullman
10. Wielkie nadzieje – Charles Dickens
11. Małe kobietki – Louisa M Alcott
12. Tessa D’Urberville – Thomas Hardy
13. Paragraf 22 – Joseph Heller
14. Dzieła zebrane Szekspira
15. Rebeka – Daphne Du Maurier
16. Hobbit – JRR Tolkien
17. Birdsong – Sebastian Faulks
18. Buszujący w zbożu – JD Salinger
19. Żona podróżnika w czasie – Audrey Niffenegger
20. Miasteczko Middlemarch – George Eliot
21. Przeminęło z wiatrem – Margaret Mitchell
22. Wielki Gatsby – F Scott Fitzgerald
23. Samotnia – Charles Dickens
24. Wojna i pokój – Leo Tolstoy
25. Autostopem przez Galaktykę – Douglas Adams
26. Znowu w Brideshead – Evelyn Waugh
27. Zbrodnia i kara – Fiodor Dostoyevsky
28. Grona gniewu – John Steinbeck
29. Alicja w Krainie Czarów – Lewis Carroll
30. O czym szumią wierzby – Kenneth Grahame
31. Anna Karenina – Leo Tolstoy
32. David Copperfield – Charles Dickens
33. Opowieści z Narnii – CS Lewis
34. Emma- Jane Austen
35. Perswazje – Jane Austen
36. Lew, Czarwnica i Stara Szafa – CS Lewis
37. Chłopiec z latawcem – Khaled Hosseini
38. Kapitan Corelli – Louis De Bernieres
39. Wyznania Gejszy – Arthur Golden
40. Kubuś Puchatek – AA Milne
41. Folwark zwierzęcy – George Orwell
42. Kod Da Vinci – Dan Brown
43. Sto lat samotności – Gabriel Garcia Marquez
44. Modlitwa za Owena – John Irving
45. Kobieta w bieli – Wilkie Collins
46. Ania z Zielonego Wzgórza – LM Montgomery
47. Z dala od zgiełku – Thomas Hardy
48. Opowieść podręcznej – Margaret Atwood
49. Władca much – William Golding
50. Pokuta – Ian McEwan
51. Życie Pi – Yann Martel
52. Diuna – Frank Herbert
53. Cold Comfort Farm – Stella Gibbons
54. Rozważna i romantyczna – Jane Austen
55. Pretendent do ręki – Vikram Seth
56. Cień wiatru – Carlos Ruiz Zafon
57. Opowieść o dwóch miastach – Charles Dickens
58. Nowy wspaniały świat – Aldous Huxley
59. Dziwny przypadek psa nocną porą – Mark Haddon
60. Miłość w czasach zarazy – Gabriel Garcia Marquez
61. Myszy i ludzie – John Steinbeck
62. Lolita – Vladimir Nabokov
63. Tajemna historia – Donna Tartt
64. Nostalgia anioła – Alice Sebold
65. Hrabia Monte Christo – Alexandre Dumas
66. W drodze – Jack Kerouac
67. Juda nieznany – Thomas Hardy
68. Dziennik Bridget Jones – Helen Fielding
69. Dzieci północy – Salman Rushdie
70. Moby Dick – Herman Melville
71. Oliver Twist – Charles Dickens
72. Dracula – Bram Stoker
73. Tajemniczy ogród – Frances Hodgson Burnett
74. Zapiski z małej wyspy – Bill Bryson
75. Ulisses – James Joyce
76. Szklany kosz – Sylvia Plath
77. Jaskółki i Amazonki – Arthur Ransome
78. Germinal – Emile Zola
79. Targowisko próżności – William Makepeace Thackeray
80. Opętanie – AS Byatt
81. Opowieść wigilijna – Charles Dickens
82. Atlas chmur – David Mitchell
83. Kolor purpury – Alice Walker
84. Okruchy dnia – Kazuo Ishiguro
85. Pani Bovary – Gustaw Flaubert
86. A Fine Balance – Rohinton Mistry
87. Pajęczyna Szarloty – EB White
88. Pięć osób, które spotykamy w niebie – Mitch Albom
89. Przygody Sherlocka Holmesa – Sir Arthur Conan Doyle
90. The Faraway Tree Collection – Enid Blyton
91. Jądro ciemności – Joseph Conrad
92. Mały Książę – Antoine De Saint-Exupery
93. Fabryka os – Iain Banks
94. Wodnikowe Wzgórze – Richard Adams
95. Sprzysiężenie głupców – John Kennedy Toole
96. Miasteczko jak Alice Springs – Nevil Shute
97. Trzej muszkieterowie – Alexandre Dumas
98. Hamlet – William Shakespeare
99. Charlie i fabryka czekolady – Roald Dahl
100. Nędznicy – Victor Hugo

Stan listy 7 września: 23/100. Chyba nie jest aż tak źle, ale ambicja nieco narzeka. Cóż, już jutro idę poszukać w bibliotece wydania Zbrodni i kary, które będzie lepsze od kiepsko przekonwertowanego do formatu MOBI ocr-a. Oczywiście nie zamierzam nadrabiać WSZYSTKIEGO, zwłaszcza, że wybór niektórych pozycji jest dość kontrowersyjny. Mimo wszystko jednak zrobienie takiego spisu uświadomiło mnie, że kilka klasyków ominęłam i chyba warto będzie po nie sięgnąć.
A Wy ile książek z tej listy przeczytaliście? Jesteście z siebie zadowoleni? Planujecie nadrabiać zaległości?
Śledź

wtorek, 2 września 2014

Elżbietańscy superbohaterowie - 1602 Neila Gaimana

Jeden z moich ulubionych kadrów z 1602 - uwielbiam tego Angela.
Po kilku dniach poszukiwań udało mi się nabyć najnowszy, 46. tom Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela. Nie mam i nigdy nie miałam ambicji zebrania wszystkich tomów (cztery zeszyty New X-Men z Dobrego Komiksu na przykład kupiłam taniej na Allegro, część innych historii przeczytałam w wersji elektronicznej), jednak kiedy się dowiedziałam, że w WKKM znajdzie się 1602, nie zastanawiałam się zbyt długo. Jest to bowiem pierwszy komiks Marvela, jaki przeczytałam, więc oczywiście mam do niego pewien sentyment. A przy okazji bardzo dobra historia, którą mogę Wam polecić. W dodatku okazało się, że jak niewiele rzeczy, po kolejnym przeczytaniu sprawił mi znacznie więcej przyjemności.


Pierwsze skojarzenie z Roanoke...
 Fandom SPN jest wszędzie.
Autorem 1602 jest Neil Gaiman (znany chociażby z „Gwiezdnego Pyłu”, „Amerykańskich Bogów” czy „Sandmana”). Już samo jego nazwisko mnie zainteresowało. Drugim czynnikiem, który zaostrzył mój apetyt, był sam koncept. Akcja komiksu dzieje się w tytułowym roku. Nad Wielką Brytanią grzmią niezwykłe burze, do Londynu zmierza statek z kolonii Roanoke (która w tym wszechświecie nie zniknęła), europejskie mocarstwa pragną zdobyć skarb Templariuszy… W tym kotle alternatywnej historii znajduje się w dodatku miejsce dla znanych superherosów, którzy mają tu czasem nieco inne imiona, lecz nadal łatwo ich rozpoznać. Opowieści o superbohaterach zwykle są umiejscowione w teraźniejszości lub niedalekiej przyszłości, więc zawsze cieszę się, jeśli mogę zobaczyć alternatywną wersję dziejów świata, przy których majstrują postacie Marvela (jeden z wielu powodów, dla których kocham nowych X-Menów, zwłaszcza zabawę twórców z kryzysem kubańskim w „First Class”). Wszystko zaskakująco dobrze się komponuje (któż mógłby zastąpić Johna Dee, jak nie doktor Stephen Strange?), a dialogi i historia mają w sobie wiele znamion charakterystycznych dla twórczości Anglika, który często bawi się tu z czytelnikiem (historia Petera, asystenta Nicka Fury’ego).

Bardzo lubię też rysunki Andy’ego Kuberta z kolorami Richarda Isanove. ”Ukośna” kreska jest dodatkowym walorem artystycznym i dobrze pasuje do historii. W dodatku wiele kadrów nawiązuje do ikonicznych przedstawień superbohaterów (zamieszczona w albumie WKKM okładka wydania zbiorczego zaś jest inspirowana ryciną przedstawiającą uczestników spisku prochowego)

Typowy Magneto -
 nawet w XVII wieku liczy się efektowność
Jak pisałam na samym początku, ponowna lektura sprawiła mi znacznie więcej przyjemności niż pierwsza. Powód jest prosty: jako, że był to pierwszy przeczytany przeze mnie komiks Marvela, nie mogłam czerpać z niego frajdy związanej z rozszyfrowywaniem wielu nawiązań. Wydanie Egmontu zawiera na początku stronę ze zwięzłym przedstawieniem współczesnych odpowiedników protagonistów 1602, które (wraz z wiedzą z MCU) trochę mi pomogło w rozeznaniu się w świecie Gaimana (WKKM czegoś takiego nie zamieściła). Teraz mogę powiedzieć, że kolejną zaletą tego komiksu jest to, jak dobrze udało się autorowi pokazać osobowość postaci, jednocześnie nie odrywając ich od realiów i ówczesnej mentalności. Nie mogę nie wspomnieć o mutantach, nazywanych tu czarorodnymi (wstyd przyznać, ale zabrałam się za 1602 nie wiedząc nic o X-Menach. Po obejrzeniu wszystkich filmów, wyczekiwaniu na Days of Future Past i nadrobieniu części komiksów wiem już więcej, ale nadal jest to stosunkowo świeża „miłość neofity”). Skład drużyny jest taki sam jak w pierwszych numerach z lat 60. Nadal nie lubię Scotiusa (chyba jedyna wersja Cyclopsa, która zyskała moją sympatię, to ta z Xtreme X-Men), cudownym pomysłem jest danie Roberto wujka będącego postacią z kart historii (przypomnijcie sobie, jakie nazwisko nosi Iceman w Earth-616 i filmach) i zrobienie z Wandy zakonnicy w szkarłacie. Nie mówiąc już o chyba najlepszym, czyli historii Javiera i inkwizytora Enrique. Konflikt Profesora X i Magneto zawsze jest niesamowicie interesujący (i doskonale ukazany w filmach, między innymi dzięki aktorstwu na wysokim poziomie), więc jeśli fascynuje was dynamika relacji tej dwójki, na pewno ucieszy was ten drobny wątek.

I o tej grafice pamiętali wydawcy. Mała rzecz, a cieszy.
Mówiłam już o różnicy między wydaniem Egmontu i WKKM. Jestem bardzo zadowolona z posiadanego przeze mnie albumu, który oprócz całej historii zawiera dodatek, w którym Neil Gaiman opowiada o powstawaniu komiksu, wyżej wymienioną okładkę zbiorczą i spis kontynuacji osadzonych w uniwersum 1602. Oprócz wstępu o superbohaterach zabrakło strasznie fajnej (i autoironicznej) planszy, w której scenarzysta i rysownik streszczają numery 1-4, a ten drugi pyta się o dinozaury. Mimo wszystko moim zdaniem wydanie WKKM wygrywa, również dzięki takim drobiazgom jak twarda okładka i cena (nieco niższa niż to, ile kosztują razem oba zeszyty Egmontu). Jest to zakup, którego nie żałuję.

Reasumując: jeżeli lubicie historię i zabawy z nią oraz znacie i kochacie świat Marvela, kupujcie 1602 w ciemno. Jeżeli zaś dotychczas nie lubiliście komiksów, możecie się do nich przekonać dzięki tej publikacji (warto jednak przynajmniej obejrzeć wcześniej filmy). Mam nadzieję, że mój ulubiony komiks również Wam sprawi dużo przyjemności.
Śledź