niedziela, 31 sierpnia 2014

Hindusko-francuska mieszanka kulinarna, czyli "Podróż na sto stóp"

Bardzo lubię filmy, w których ważną rolę odgrywa jedzenie. Nie powinno dziwić więc to, że w ostatni weekend wakacji postanowiłam zobaczyć „Podróż na sto stóp” Lassego Hallstroma. To, że z seansu wyszłam głodna, może starczyć za rekomendację.
Punktem wyjścia jest tu podróż hinduskiej rodziny do Europy. Familia osiedla się na południu Francji i zamierza otworzyć restaurację z daniami z ich ojczyzny. Problem w tym, że dokładnie sto stóp od nich znajduje się już lokal nagrodzony gwiazdką Michelin, a jego właścicielka (Helen Mirren) nieprzychylnie patrzy na nową konkurencję…
A największą gwiazdą jest przygotowywany omlet.
Jak widać, fabuła jest dość prosta. Nie ona gra tu jednak pierwsze skrzypce. Najważniejsze bowiem jest jedzenie. Jak na autora „Czekolady” przystało, zostaje ono przepięknie przedstawione na ekranie. Oglądamy tu kolorową zawartość bazarów Indii i Francji, domowe hinduskie potrawy, eleganckie francuskie przysmaki i wyrafinowaną kuchnię molekularną. I choć wszystko to potrafi przyprawić o zawrót głowy, to widać, że twórcy mają szczególną sympatię do domowych, nieprzekombinowanych dań, reprezentowanych tu przez kuchnię hinduską.
Hellen Mirren. Nuff said.
Okazuje się, że jedzenie już dawno przestało tylko karmić zmysły, stało się swoistą deklaracją światopoglądową. Co ciekawe, jest to kolejny obejrzany przeze mnie film, który staje w opozycji do kuchni molekularnej, choć wątek ten jest zdecydowanie delikatniej zarysowny niż w francuskich „Facetach od kuchni”. Nie będę tu polemizować ze skądinąd sympatycznym i ciepłym przesłaniem „Podróży…”, choć nadal czekam na fabułę, która dla odmiany przedstawi w pozytywnym świetle to, co powstaje na styku gastronomii i nauki.
Z filmu taki morał, że zarówno tradycyjna kuchnia francuska, jak i molekularna, lepiej smakują z tymi przyprawami.

Produkcję dobrze się ogląda też dzięki aktorom – wiadomo, Helen Mirren jako madame Mallory to klasa sama w sobie, ale bez bólu patrzy się też na granego przez Manisha Dayala Hassana, jego ojca (Om Puri) i pogodną sous-chef Marguerite (Charlotte Le Bon).
Nie wiem jak wy, ale ja już głodnieję patrząc na zawartość tacy.

Szkoda mi tylko, że choć akcja dzieje się gdzieś na południu Francji, prawie wszystkie dialogi (nawet rozmowy madame Mallory z merem) wypowiadane są po angielsku. Jestem w stanie to zrozumieć (bowiem Amerykanie nie lubią filmów, w których mówi się w różnych językach), ale zasmuciło to mojego wewnętrznego frankofila.
Ładna para, choć moim zdaniem (jak wszystko w tym filmie) byłaby ładniejsza, gdyby było więcej francuskiego.


Film nie niesie ze sobą rewolucyjnego przesłania, a świat przedstawiony, jak w bajce, bywa daleki od rzeczywistości.  Nie musi to być jednak wadą. Jeśli przyjdziecie na seans oczekując delikatnej, fluffowej komedii, na pewno się nie rozczarujecie. Jeżeli zaś, tak jak ja chcecie zobaczyć film o pięknym (i prawdopodobnie apetycznym) jedzeniu, również możecie odwiedzić kino.
Śledź

piątek, 22 sierpnia 2014

Powrót Wiedźmina

Ta wiadomość zelektryzowała wczoraj wielu fanów Wiedźmina: powstaje nowy film o Geralcie! Jest to chyba najważniejsza informacja lata (a może nawet i roku), jeśli chodzi o polską popkulturę. Obecnie wiadomo niewiele, ponieważ Platige Image pisze, że projekt jest w fazie developmentu. Chciałabym się w związku z tym podzielić z Wami moimi nadziejami i obawami.
Intro do pierwszego Wiedźmina - tylko czy taka adaptacja nam wystarczy?
Zacznijmy od dobrych informacji. Filmem ma się zajać Tomasz Bagiński. Jeśli nie widzieliście żadnej z jego animacji, koniecznie trzeba to nadrobić. Siedmiominutowa „Katedra” z 2002 roku została nominowana do Oscara w kategorii filmów krótkometrażowych. Po 12 latach produkcja nadal zachwyca. Warto też spojrzeć na zwiastuny i intra do gier z serii „Wiedźmin”. Wstęp do pierwszej części wyraźnie odwołuje się do opowiadania o Geralcie, który zdejmuje urok z królewny-strzygi. Cieszę się, że na stołku reżyserskim znajdzie się osoba, która ma już doświadczenie związane z ekranizowaniem prozy Sapkowskiego.
W dodatku film zdaje się powstawać we właściwym momencie. Kiedy barwne lata 90. minęły, wiedźmińska saga nieco straciła na popularności. W 2007 roku jednak wyszła na rynek gra komputerowa, której sukces przypomniał międzynarodowemu mainstreamowi o Geralcie. Ostatnio zaś mogliśmy cieszyć się nową książką o przygodach wiedźmina – Sezonem Burz (recenzja w tym numerze Staszic Kuriera). Już jesienią zaś Egmont wyda w Polsce komiks wydawnictwa Dark Horse, którego autorami są Paul Tobin i Joe Querio. W dodatku wiedźmiński panel był jednym z pierwszych na tegorocznym Comic-Conie. Jak widać, zainteresowanie jest, a porządnej ekranizacji brak. Projekt ma więc szanse na sukces komercyjny, nie tylko w Polsce.
Okładka komiksu, który bardzo chętnie przeczytam i zrecenzuję. A jednocześnie kolejny dowód na popularność Geralta
Jednocześnie wielu fanów ma się czego obawiać, a chyba wszystkie wątpliwości zawierają się w określeniu „polski aktorski film fabularny ubiegający się o dofinansowanie PISF”.
Polski – jak wiadomo, po sukcesie „Gry o Tron” wielu osobom marzyła się serialowa zagraniczna ekranizacja. Długość sagi i opowiadań spokojnie starczy na kilka-kilkanaście sezonów, które nie musiałyby próbować zawrzeć treści jednej książki w dwóch godzinach filmu. Z kolei nasza rodzima kinematografia nie ma ostatnio dobrej passy. Może i powstają u nas perełki, ale mainstream ma się dość… słabo. W dodatku od ekranizacji, która się nie wydarzyła, nie mieliśmy ani jednego filmu fantasy. W pewnym momencie mówiono o realizacji projektu o nazwie „Drużyna”, jednak słuch o nim zaginął.
Aktorski – Bagiński tworzył już świetne animacje, ale nie wiadomo, jak sobie poradzi z filmem aktorskim. Pozostaje również pytanie, w jakiej wersji językowej powstanie projekt. Polska ma znacznie mniejsze szanse na zarobienie na rynku zagranicznym, a kazanie naszym aktorom przemawiać po angielsku to chyba nie za dobry pomysł (nadal nie otrząsnęłam się po obejrzeniu na akademii filmowej „Bożych Skrawków”). Zawsze można liczyć na to, że film powstanie w międzynarodowej koprodukcji, skoro jeszcze praktycznie nic nie wiemy…
Tyle mniej więcej wiemy o powstającym filmie. Wiemy jednak, że drugiej "Gry o Tron" z tego raczej nie będzie
Ubiegający się o dofinansowanie PISF – może to tylko moje obawy, ale w ostatnich latach Polski Instytut Sztuki Filmowej potrafił wyłożyć pieniądze na gigantyczne niewypały, stając się dla wielu osób synonimem filmów, które należy unikać (kilka ciekawych statystyk tutaj). Nie wiadomo jeszcze, jakim budżetem dysponuje projekt, jednak w wypadku ekranizacji epickiego fantasy mniej wcale nie musi znaczyć więcej.
Pozostaje pociecha – na pewno trudno będzie zrobić coś gorszego niż istniejący film o Geralcie. Można też radować się z niewiedzy – dowiedzieliśmy się mało, jednak wśród oficjalnych informacji nie ma żadnej złej, są tylko takie, które mogą pozostawić sceptyków z wątpliwościami. Niezależnie od moich obaw, będę czekać na film i na pewno napiszę tu coś jeszcze o Wiedźminie.

Śledź 

wtorek, 19 sierpnia 2014

Dubbingować czy nie? O niekoniecznie potrzebnym podkładaniu głosu

Druga połowa sierpnia to dla mnie swoisty sezon ogórkowy. Trudno znaleźć nowość do zrecenzowania. Zobaczyłam już to, na co chciałam iść do kina, czekam na jesienne premiery na dużym i małym ekranie, nadrabiam komiksy i klasykę literatury. Oglądam też rozmaite filmy. Ponieważ wpływ na dobór repertuaru wywiera czasem moja mała siostra, mam okazję przy tym snuć refleksje dotyczące dubbingowania filmów. W ten leniwy wtorek chciałabym się nimi podzielić z Wami.
Zacznijmy od rozróżnienia: inaczej traktuję dubbing w animacji, inaczej w filmie aktorskim. Jeśli o animacje chodzi, nie jestem radykałem. Oczywiście sporo filmów kusi obsadą, jednak często niemożliwym jest zobaczenie ich w kinie w wersji oryginalnej z napisami. Tak było na przykład z drugą częścią Jak Wytresować Smoka. Przygody Szczerbatka i Czkawki (którego rodzice mówili głosami Gerarda Butlera i Cate Blanchett) mogłam obejrzeć tylko z dubbingiem. Niestety wiele wskazuje na to, że podobnie stanie się z Pingwinami z Madagaskaru. Lubię polską wersję serialu, ale w filmie mają przemówić Benedict Cumberbatch i Jon Malkovitch. W takim wypadku na pewno poczekam na DVD i będę cieszyć się Pingwinami po polsku i po angielsku.
Nie jestem malkontentem, w wielu wypadkach doceniam polską wersję językową, która potrafi być lepsza od oryginału. I nie mówię tu tylko o animacjach wyprodukowanych po Shreku  - dubbingowane starsze filmy Disneya dobrze się bronią, a niektóre piosenki są o niebo lepsze w rodzimej wersji (chociażby „Kolorowy wiatr” śpiewany przez Edytę Górniak – pamiętacie?). Po 2001 zaś zachwyciliśmy się dubbingiem – i choć było sporo jasnych punktów, wielu kinomanów narzeka obecnie na powtarzającą się obsadę i wplatane przez tłumaczy żarciki i aluzje do polskich realiów (pojawienie się takich tekstów jak „mordo ty moja!” czy „igra sobie ze mną jak kot z kłębkiem… moheru” w Ratatouille śmieszyło w 2007, jednak teraz traci to swoją „siłę rażenia”). Co prawda nie oglądam wszystkich filmów animowanych pojawiających się w kinach, jednak to, co widziałam, może uspokoić: z polskim dubbingiem nie jest aż tak źle, jak by się mogło wydawać. Niemniej jednak wolę mieć prawo do wyboru wersji językowej, prawo, z którego często nie możemy skorzystać przez decyzję dystrybutora.
Zupełnie inaczej podchodzę do kwestii dubbingowania filmów aktorskich. Tutaj wychodzi ze mnie radykał, który (o ile to możliwe) ogląda wersje z napisami (lub bez). Uważam, że głos jest bardzo ważną składową gry aktorskiej. Takie elementy jak akcent, intonacja czy artykulacja są kluczowe w wielu scenach. Próba ich podrobienia w studio nigdy nie będzie dorównywać oryginałowi, w dodatku często nie da się idealnie zsynchronizować polskiej wersji dźwiękowej z ruchem ust mówiącego. Mogę jeszcze zrozumieć dubbingowanie filmów przeznaczonych dla dzieci,  ale dlaczego ta zaraza rozprzestrzenia się na filmy przeznaczone dla starszej widowni? Mam nadzieję, że nie skończymy tak jak nasi zachodni sąsiedzi – w Niemczech wszystkie filmy są dubbingowane, trudniej znaleźć kino puszczające film z napisami, a wielu aktorów ma swoich niemieckojęzycznych odpowiedników – w rezultacie Niemcy często nie wiedzą, jak brzmi dana osoba. Efekty zaś są przezabawne, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę specyfikę i „twardość” języka niemieckiego (znajdźcie sobie na YouTubie zwiastun dowolnego filmu. Moim objawieniem ubiegłej jesieni był trailer do Catching Fire, które szczęśliwie przynajmniej nie zostało nazwane tak jak książka, czyli… Gefahrliche Liebe. Serio. SERIO.) Oczywiście do takiego stanu rzeczy jest nam jeszcze daleko, i miejmy nadzieję, że wielbicieli napisów w Polsce jest na tyle dużo, że „model niemiecki” nigdy do nas nie zawędruje. Jednak nie jest idealnie – przed „Strażnikami Galaktyki” filmy Marvela z napisami można było zobaczyć tylko w 3D. O telewizji nie wspominajmy – fajnie, że taka duża, ogólnopolska stacja jak Polsat kupuje prawa do „Avengers”, tylko czemu puszcza film tylko z dubbingiem, łaskawie dorzucając napisy dla niesłyszących? (W ogóle polska telewizja to temat na jeszcze dłuższy, hejterski post)

Chyba już wystarczy tych skarg i zażaleń na polski dubbing, zwłaszcza, że pisząc ten post, uświadomiłam sobie, że wcale nie jest u nas aż tak źle. Każdy lubi sobie czasem ponarzekać, a niestety nasze polskie popkulturalne realia dają nam do tego sporo powodów. Niewykluczone więc, że jeszcze się z Wami podzielę swoimi żalami. Mam nadzieję jednak, że okoliczności sprawią, że powodów do narzekania będzie coraz mniej.
Śledź

piątek, 15 sierpnia 2014

Palcem po mapie, czyli podróże śladami filmów

Wakacje powoli zbliżają się ku końcowi. Ponieważ lato jest, jak wiadomo, najlepszą porą roku na organizowanie podróży, chciałabym w tym wpisie zaprosić Was na filmową wyprawę po fantastycznych krainach. W dobie tanich lotów, autostrad i innych udogodnień zobaczenie na przykład Westeros nie jest wcale takie trudne. Jet setting – podróżowanie śladami filmowych lokacji i scenografii rozwija się dynamicznie. Dzięki takim stronom jak movie-locations.com można zarówno zaplanować wycieczkę poświęconą szukaniu takich miejsc, jak i odwiedzić je niejako „przy okazji”. Tak postąpiłam w tym roku – niezwykle malownicza Toskania często występowała na srebrnym ekranie. Wielką przyjemność sprawiło mi ponowne odwiedzenie Sieny, gdzie dwa razy do roku na Campo odbywa się słynna końska gonitwa Palio, która jest tłem akcji w „Quantum of Solace”. Okazało się też, że miejsca takie jak Montepulciano czy Volterra nadal promują jet setting śladami… „Sagi Zmierzch” (brr), nadal widocznej w sklepikach z pamiątkami czy biurach turystycznych. Nie o tych miejscach pragnę jednak opowiedzieć. Chyba każdy lubi wodzić palcem po mapie i planować podróże. Jeśli Wam, tak jak mi, bliska jest fantastyka, może warto spędzić przyszłe ferie lub wakacje na jet settingu? Mój wybór miejsc jest rzecz jasna czysto subiektywny (i pomija mnóstwo lubianych przeze mnie filmów i seriali), dla porządku podzielony na Polskę, Europę i świat. Każda z tych trzech części traktuje przede wszystkim o jednej fantastycznej krainie, ale też o kilku innych, wartych odwiedzenia miejscach. W drogę!
Siena jest piękna i warto ją odwiedzić nawet, jeśli nie spotkacie tam Jamesa Bonda.

Polska (i okolica)

Jak wiadomo, w polskich lasach nietrudno spotkać lwy mówiące głosem Liama Neesona...
Wydawać by się mogło, że w naszym kraju kręci się wyłącznie produkcje rodzime (których ostatnio w ogóle nie śledzę). Jednak Rzeczpospolita posiada zasługi dla kina fantasy, zupełnie niewykorzystane marketingowo. Prawie każdy powie, że Śródziemie to Nowa Zelandia (i na odwrót), ale znacznie mniej osób zdaje sobie sprawę, że na tej samej zasadzie Polska jest Narnią. Skutą lodem i śniegiem krainę w „Lwie, Czarownicy i Starej Szafie” mamy na wyciągnięcie ręki. Pamiętacie zapierającą dech w piersiach scenę ucieczki dzieci po zamarzniętym zbiorniku wodnym? (jeśli nie, to koniecznie nadróbcie – dziś można zobaczyć film o 13.55 na TVP1 ;). Jest to położone na północ od Białowieży Jezioro Siemianowskie. Więcej polskich krajobrazów zobaczymy w „Księciu Kaspianie”, gdzie bohaterowie wędrują przez Błędne Skały, Karkonoski Park Narodowy i Wąwóz Kamieńczyk. Okolice te są bardzo blisko granicy z Czechami. Wiele zimowych scen z pierwszej części kręcono zaś u naszych południowych sąsiadów. Warto więc wziąć pod uwagę takie miejsca jak Tiské steny, Park Narodowy Ardspach czy Pravcicką Bramę. Kto wie, może nawet wśród drzew spotkacie mówiącego ze szkockim akcentem fauna?
...a w czeskich takie fauny (przy ostatnim rewatchu byłam irracjonalnie przekonana, że tym razem Tumnus przedstawi sie jako Xavier, Charles Xavier ;)
Skoro kręcimy się już na polsko-czesko-niemieckim pograniczu, nie można nie wspomnieć o najnowszym filmie Wesa Andersona. „Grand Budapest Hotel” położony był w kraju o nazwie Żubrówka, gdzieś w Mitteleuropie. Wizualnie zachwycające sceny często były kreowane przy pomocy makiet (tak jak różowa fasada tytułowego przybytku), jednak wiele innych kręcono w Görlitz/Zgorzelcu. W mieście tym nagrywano również wojenne „Lektora” i „Złodziejkę Książek”, oraz propagandowy film w filmie „Bękarty Wojny”.
Takie rzeczy tylko w Polsce, znaczy Żubrówce

Europa

Trudno rzecz jasna opisywać cały, mający ponad 10 mln km2 kontynent. Jednakże można go zwiedzić od Islandii aż po Maltę, znajdując jednocześnie wspólny mianownik dla tak różnych miejsc. Jest nim Gra o Tron – twórcy tego popularnego serialu na Westeros obrali sobie naszą część świata. Większą część Siedmiu Królestw zagrała Irlandia Północna: tam znajdziecie między innymi Winterfell (zamek Ward blisko Belfastu), Pyke (port w Ballintoy), i trawiaste równiny Dothraków (Glens i góry Mourne). Oddzielający Westeros od dzikiej Północy Mur został wygenerowany komputerowo, jednak krainy za nim są całkiem realne – żeby się przekonać, trzeba polecieć na Islandię. Tam bowiem znajdują się takie plenery jak lodowiec Vatnajökull, jezioro Myvatn czy jaskinia Grjótagjá. Na Malcie zobaczyć można wyspę Gozo, gdzie w pierwszym sezonie Khal Drogo poślubił Daenerys Targaryen, oraz Mdinę, która zagrała Królewską Przystań. Tylko w pierwszym sezonie, bo w kolejnych miastem tym stał się Dubrownik. Chorwacja, jak wiadomo, jest popularnym kierunkiem na wakacje, więc warto pomyśleć o zobaczeniu takich miejsc jak wyspa Lokrum, arboretum Trsteno, czy miasteczko Novigrad – wszędzie tam zawędrowali filmowcy HBO.
Tak się reklamują wycieczki śladami bohaterów Gry o Tron
Nie mogę tu jednak nie wspomnieć o Afryce Północnej – Daenerys razem z khalasarem wędrowała przez Maroko. Ajt Bin Haddu zagrało miasto nie tylko Yunkai – twórcy z Hollywood upodobali sobie ten ksar, kręcąc tam np. Księcia Persji, Gladiatora, Aleksandra i Mumię. Essaouira/As-Sawira zaś to Astapor.
Z tą częścią świata kojarzy mi się też jedna legendarna lokacja filmowa – pustynna planeta Tatooine z Gwiezdnych Wojen. Tunezję (w tym miasteczko o znajomej nazwie Tataouine) filmowcy odwiedzili przy kręceniu obu trylogii i powstającego filmu JJ Abramsa. 
Czymże byłby tekst o jet settingu bez zdjęcia Tatooine?
Ale żeby poczuć ducha Odległej Galaktyki, nie trzeba się wyprawiać tak daleko – wystarczy pozostać w Europie. W Norwegii na przykład (lodowiec Hardangerjøkulen) znajduje się planeta Hoth z „Imperium Kontratakuje”. Jeśli wolicie cieplejsze klimaty, zawędrujcie na Naboo – wnętrza pałacu królowej to Palazzo Reale we włoskiej Casercie, a plac przed nim to Plaza de Espana w hiszpańskiej Sewilli. Anakin i Padme w „Ataku Klonów” wyjeżdżają zaś nad jezioro Como, które grało też w „Casino Royale”.
Oczywiście Europa jest wielka i różnorodna, trudno tu wypisać wszystkie warte niewątpliwie zobaczenia lokacje. Miło wspominam nie tylko wspomnianą we wstępie Toskanię – spacerując ulicami Paryża nie sposób nie zauważyć miejsca znanego z jakiegoś filmu. Miasto Świateł występowało w różnorodnych rolach, jednak moim zdaniem jego uroda pięknie pokazana jest w „O północy w Paryżu”. Kiedy w dodatku zacznie padać deszcz, łatwo się poczuć jak marzący o dwudziestoleciu międzywojennym Gil Pender.
Zgodzę się tu z Gilem
Stolicą, której nadal nie odwiedziłam, jest Londyn. Miasto to jednak również jest tematem-rzeką – od Sherlocka i Doctora Who, przez Skyfall (Agent 007 wchodzi na ten sam dach, co genialny detektyw), na kosmitach atakujących Greenwich w najnowszym „Thorze” kończąc tę prowizoryczną wyliczankę (londyńczycy śmiali się ponoć, że najbardziej odrealnionym fragmentem produkcji jest podróż nordyckiego boga metrem – przebyta przez niego trasa jest w rzeczywistości znacznie dłuższa). Okej, nie wspomniałam o świecie Harry’ego Pottera, a przecież na pewno zawędrowałabym na King’s Cross i próbowałabym przedostać się na peron 9 i ¾…
To zdjęcie idealnie podsumowuje europejską sekcję - zaczynając od Gry o Tron, na Harrym Potterze kończąc (czyżby Sansa była Weasleyem?)

Świat

Nie ma się oszukiwać, sekcję traktującą o reszcie świata dodałam, bo wstydem byłoby nie powiedzenie ani słowa o Śródziemiu. Nowozelandzki reżyser Peter Jackson ekranizował dzieła Tolkiena w swojej ojczyźnie, która teraz bardzo na tym korzysta. Turystyczna infrastruktura wyrosła jak grzyby po deszczu, w Matamata (Hobbitonie, znaczy się) zaś nadal można zobaczyć hobbickie norki. Wspomniana już wcześniej Narnia również była kręcona na nowozelandzkich wyspach. Niestety loty na drugą półkulę są tak drogie, że podróż do Śródziemia nadal zostaje w sferze marzeń. Znacznie łatwiej i taniej zrobić sobie domowy maraton wersji rozszerzonych „Władcy Pierścieni”, podśpiewując „Taking the hobbits to Isengard”…
Tak sobie wyobrażam wymarzoną podróż do Nowej Zelandii
Niesamowicie kusi mnie też na przykład zobaczenie chińskich Gór Żółtych. Były one główną inspiracją do stworzenia planety Pandory z „Avatara”. Pojawiają się też w wielu filmach, których akcja dzieje się w Państwie Środka (nawet tych animowanych). Nie będę się na ten temat rozpisywać, bowiem ich piękno trzeba po prostu zobaczyć.
Piękno Gór Żółtych najlepiej widać w filmach, nawet tych przyrodniczo-dokumentalnych
Wpis robi się coraz dłuższy, a na pewno co najmniej podwoiłby swoją objętość, gdybym wspomniała o Ameryce Północnej. W ogóle temat jet settingu jest niezwykle ciekawy i rozległy – na pewno do niego wrócę w przyszłości. A Wy? Robiliście już wycieczki śladami ulubionych filmów? Planujecie takie? Jeśli macie swoje ulubione lokacje, o których nie wspomniałam, podzielcie się  nimi w komentarzach na blogu lub na Facebooku. A w ogóle to życzę wszystkim udanych podróży i szerokiej drogi!
Wybaczcie brak amerykańskich lokacji filmowych, które sama bym zobaczyła, najlepiej podróżując takim wozem.


Śledź

sobota, 9 sierpnia 2014

Fandomu portret własny - "Fangirl" Rainbow Rowell

Nie jestem wielką fanką powieści młodzieżowych. Nie mam nic przeciwko idei gatunku, zdarzyło mi się nawet czytać kilka satysfakcjonujących pozycji. W ogromnej większości jednak zakres poruszanych tematów nie pokrywa się z moimi zainteresowaniami. Tym bardziej zaskoczona byłam, gdy dowiedziałam się o „Fangirl” – zaciekawiły mnie: tytuł, okładka (autorstwa Gingerhaze, osoby, która dała światu Party Thranduila) i opis znajomych („dobra książka o bohaterce, która pisze slashowe fiki”). Jeżeli Was takie argumenty są w stanie przekonać, to zaręczam, nie rozczarujecie się. Nie wiem jednak, jak ocenicie książkę, jeśli tak jak jedna z bohaterek już teraz zadajecie sobie pytanie „what the fuck is ‘the fandom’?”.
Mówi się, by nie oceniać książki po okładce. Jednak tę okładkę zrobiła osoba, która dała nam Broship of the Ring i wymyśliła Party Kinga Thranduila. How cool is that?

Tytułową bohaterką jest Cath. Jej najlepszą przyjaciółką zawsze była siostra bliźniaczka Wren. Razem udzielały się w fandomie Simona Snowa (cała ta fikcyjna seria jest hołdem dla Harry’ego Pottera) i pisały fanfiction Simon/Baz (odpowiednik potterowego Drarry). Wszystko zmienia się jednak, gdy dziewczyny trafiaja na uniwersytet. Wren porzuca fandom i postanawia korzystać z życia, podczas gdy introwertyczna Cath ma problem z dopasowaniem się do nowego środowiska i woli pisać nowe rozdziały popularnego fika „Carry on, Simon”. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej w związku z nowymi znajomymi obu sióstr, ich relacją z ojcem, pojawiającą się po latach nieobecności matką i premierą nowej części przygód Simona Snowa.
Rzecz jasna, najbardziej ciekawiło mnie to, jak Rainbow Rowell poradziła sobie z opisaniem specyficznej kultury fanów. Muszę przyznać, że portret fandomu, daleki od idealizacji, jest bardzo realistyczny i interesujący, nawet dla osoby związanej z tematem. Absolutnie każdy się domyśli, czym jest „EncykloWikia”, ale pewnie znacznie mniej osób wie, czego odpowiednikiem jest „FanFixx”. Styl zamieszczanych na tym portalu przez Cath fanfików dobrze naśladuje prawdziwą twórczość fanów (która zainspirowała zresztą autorkę do napisania książki). Fandom w książce nie jest wbrew pozorom tylko sposobem na ucieczkę od rzeczywistości, ale też sposobem na nawiązywanie nowych kontaktów (bardzo fajna scena, w której Cath spotyka fankę swojej twórczości).
Powieść korzysta z narracji trzecioosobowej, ale nie utrudnia to autorce pokazania punktu widzenia Cath. Łatwo ją (z jej wszystkimi wadami) polubić, ale trudniej z utożsamieniem się. Może to dlatego, że Cath (jak wiele osób z Tumblra) ma duże problemy z kontaktami międzyludzkimi – woli jeść batoniki energetyczne w pokoju, niż poszukać stołówki.
Bardzo podobał mi się sposób ukazania relacji Cath i Wren jako rodzeństwa, które jest „skazane na siebie” i lubi te same rzeczy. Mam młodszą siostrę, z którą razem poznawałyśmy fandom i też uznaję ją za moją najlepszą przyjaciółkę. Polubiłam koncept „Emergency Kanye Party” – też mamy swoje sposoby na kryzysowe momenty.
Bardzo ważnym elementem „Fangirl” są relacje w rodzinie Averych. Rodzinie, w której każdy chyba posiada mniejszy lub większy problem. Ojciec dziewczyn przeżywa załamanie psychiczne, Cath, oprócz lęku przed ludźmi, ma zaniżoną samoocenę i pragnie być jak Wren, która może i jest bardziej towarzyska, ale zaczyna mieć narastający problem m.in. z alkoholem. Takie tematy są często poruszane przez społeczność Tumblra, który wybrał tę pozycję jako pierwszą dla swojego klubu książki.
Choć najjaśniejsze punkty „Fangirl” związane są z fandomem, książka obroni się też jako młodzieżowa powieść o dorastaniu, znalezieniu swojego miejsca w świecie, o miłości (na szczęście obywamy się bez wątku trójkąta miłosnego). Boję się trochę jednak tego, że osoby spoza fandomu mogą zacząć postrzegać naszą społeczność jako gromadę ludzi z problemami takimi jak ma Cath.
Wszystkim ludziom związanym z fandomem mogę polecić tę powieść. Nie została ona jeszcze wydana w Polsce (zachęcam jednak do zapoznania się z oryginalną wersją językową), ale trzymam kciuki za Wydawnictwo Otwarte, które niedawno zakupiło prawa do trzech książek autorki. Kiedy „Fangirl” ukaże się po polsku, na pewno dam Wam o tym znać i wrócę do tej pozycji.

Śledź

wtorek, 5 sierpnia 2014

Żywe trupy w małym mieście

Współczesna popkultura lubuje się w reinterpretowaniu potworów. Wampir już dawno przestał się jednoznacznie kojarzyć z krwiopijcą, stając się w zamian amantem z powieści młodzieżowych. Demony już od pewnego czasu układają się ze śmiertelnikami, nawet wilkołak został oswojony. Z całej tej monstrualnej gromadki chyba tylko zombie nie miały szczęścia. Owszem, słyszy się o nich ostatnio dużo, jednak ich wizerunek nie zmienił się za dużo od czasów „Nocy żywych trupów”. W natłoku mainstreamowych horrorów nietrudno przegapić prawdziwą perełkę.

„In the Flesh” to serial wyprodukowany przez BBC Three, który bardzo kreatywnie podchodzi do toposu zombie, wykorzystując go do opowiedzenia historii o odmienności i nietolerancji. Rzecz jasna, wszystko zaczyna się w zgodzie z konwencją gatunku: mamy atak na supermarket, ludzie wspominają Powstanie trupów, stłamszone przez bojówkę HVF. Jednocześnie brytyjski rząd opracowuje program, mający na celu wyleczenie cierpiących na „zespół częściowego obumarcia” (PDS) i przywrócenie ich na łono społeczeństwa. Jedną z osób poddanych specjalnej terapii jest nastoletni Kieren Walker (Luke Newberry). Wraca on do rodzinnego Roarton, małego miasteczka, w którym nadal jest duże poparcie dla HVF, z ambony słychać głos potępienia dla zombie, a ludzie nie chcą być sąsiadami rodzin ukrywających nieumarłych krewnych. A to dopiero początek pierwszego odcinka…
Jak widać, sam zarys fabuły jest całkiem interesujący, a w ciągu dwóch serii wszystko się jeszcze wielokrotnie komplikuje. Pojawiają się nowe, interesujące postacie – nie mogę nie wspomnieć chociażby o dwójce postaci (chorych na PDS oczywiście): Amy Dyer (Emily Bevan), której charakter jest ciekawą wariacją na temat tropu Manic Pixie Dream Girl, i pojawiającym się dopiero w drugim sezonie Simonie Monroe (Emmett Scanlan). Jest on jednym z apostołów Nieumarłego Proroka (cały serial jest pełen mniej i bardziej subtelnych odniesień do Biblii) głoszącego wyższość zombie nad śmiertelnikami. Ślepo wierzący w te idee Simon różni się od Kierena, który wierzy w pokojową koegzystencję wszystkich. Brzmi znajomo? W pierwszej rozmowie tej dwójki podobieństwo do młodych profesora Xaviera i Magneto z „X-Men” jeszcze bardziej się uwypukla.

Rzecz jasna głównym tematem serialu jest szeroko pojęta odmienność. Można ją interpretować na wiele sposobów, jednak mnie zainteresowała teoria traktująca zombiactwo jako metaforę depresji. Rządowy ośrodek przypominający psychiatryk, terapia grupowa, codzienne przyjmowanie leków, niewidoczne (kryte przez makijaż i soczewki) objawy i niechęć społeczeństwa… Wszystko zyskało jeszcze większy sens po przeczytaniu, że scenarzysta Dominic Mitchell leczył się z depresji, przebywając w małym miasteczku, a serial początkowo miał być daleki od postapokaliptycznych klimatów.

Dobry, grający na uczuciach (jak na produkcję BBC przystało) scenariusz to nie wszystko. Całość nie byłaby aż tak poruszająca, gdyby nie rewelacyjne aktorstwo. Fantastycznie spisuje się dźwigający ciężar głównej roli Luke Newberry, ale reszta obsady dotrzymuje mu kroku. Nawet denerwujące na początku swoją postawą postacie są właściwie rozwijane (vide Jem, siostra Kierena – jak na weterankę z HVF zbyt szybko godzi się z odmiennością brata, ale w drugim sezonie zmienia się nie do poznania, zmagając się ze stresem pourazowym). Na klimat produkcji wpływają też zdjęcia – wypłowiałe, czasem lekko trzęsące się, doskonale oddają przygnębiającą atmosferę Roarton. Jeśli zaś o samych nieumarłych chodzi – jak na serial o małym budżecie charakteryzatorzy spisują się bardzo dobrze.

Wyprodukowane przez małą stację BBC Three „In the Flesh” zostało docenione przez BAFTA – serial wygrał statuetkę w kategorii Best Mini-Series, a Luke Newberry został nominowany w kategorii Best Leading Actor. Tym większa szkoda, że nie wiadomo, czy 9 odcinków doczeka się kontynuacji. Powiem szczerze – bardzo na to liczę. W oczekiwaniu na wieści dotyczące trzeciego sezonu na pewno wrócę do serialu. Wam zaś polecam wygospodarowanie kilku godzin i zobaczenie „In the Flesh”. Nie jest to serial dla każdego – fani slasherów z zombie w roli głównej raczej się rozczarują. Ale na pewno warto sprawdzić, nawet jeśli nie przekonują Was historie o żywych trupach. Myślę, że dobra historia, jaką opowiada produkcja, sama się obroni.

Śledź

sobota, 2 sierpnia 2014

Nie tak dawno temu w całkiem bliskiej galaktyce, czyli Guardians of the Galaxy

Idąc na kolejny film Marvela do kina, oczekuję przede wszystkim dobrej zabawy. W związku z premierą „Strażników Galaktyki” postanowiłam spędzić przed srebrnym ekranem nie dwie, ale aż dziewięć godzin, wybierając się na maraton z całą dotychczasową drugą fazą MCU. Nie była to zmarnowana noc. Cały czas świeciły mi się ukryte pod okularami korekcyjnymi i trójwymiarowymi oczy, gdy widziałam wszystko to, za co kocham te komiksowe historie. W dodatku na maratonie widać było jeszcze wyraźniej, że dostaliśmy cztery filmy, które opowiadają o superbohaterach w konwencjach zupełnie różnych gatunków. „Iron Man 3”  rozpoczął w sensacyjnym stylu, potem nadszedł czas na bliski komedii fantasy „Thor: the Dark World”. „Captain America: the Winter Soldier” zaś ma w sobie coś z polityczno-szpiegowskiego thrillera. Wisienką na torcie był pokaz „Guardians of the Galaxy”.

O filmie dowiedziałam się po premierze ostatniego „Thora”, sprawdzając, o co właściwie chodziło w scenie po napisach. Przyznam się, że koncept opowiedzenia historii o kosmicznych superbohaterach, takich jak modyfikowany genetycznie mówiący szop i drzewokształtny humanoid, mnie nie przekonał. Musiałam jednak zmienić swoją opinię po zobaczeniu fenomenalnego pierwszego zwiastunu. W miarę upływu czasu, ukazywania się kolejnych materiałów promocyjnych, nadrabiania komiksów i poszerzania informacji moje wymagania rosły. Jednak na szczęście film, mimo że zupełnie inny od oczekiwań, był w stanie mnie zachwycić. Powiem szczerze, byłam kupiona już po drugiej scenie, w której Star-Lord przemierza nieznaną planetę, tańcząc i podśpiewując do piosenki z ukochanego walkmana. 

Historia, zgodnie z obietnicami reżysera, koncentruje się głównie na zrobieniu z grupy kosmicznych indywiduów zgranej drużyny gotowej ocalić Kosmos. Jedyną rzeczą, która może połączyć interesy awanturnika Star-Lorda (Pratt), zabójczyni Gamory (Saldana), szopa Rocketa (Cooper), drzewokształtnego Groota (Diesel) i opętanego żądzą zemsty Draxa (Bautista) jest orb, okazujący się jednym z sześciu Infinity Gems (należą do nich Tesseract i Aether z poprzednich filmów). Artefakt jest przedmiotem pożądania grupy czarnych charakterów, wśród których możemy znaleźć m.in. Ronana (Pace), Nebulę (Gillian) i Thanosa (Brolin).

Film to jednocześnie współczesna space-opera korzystająca z cudów CGI i udany hołd dla uwielbianego przeze mnie Kina Nowej Przygody. Jeśli też darzycie sympatią szemrane rubieże odległych galaktyk, kantyny pełne rzezimieszków oraz kosmitów i podobne klimaty, na pewno odnajdziecie się wśród łowców takich jak Star-Lord, w kosmicznym więzieniu, czy na znanej z komiksów stacji Knowhere. Trzeba przyznać, że pod wieloma względami dzieło Jamesa Gunna jest lepszym spadkobiercą dziedzictwa oryginalnych Star Warsów niż ich prequele. Disney chyba zrozumiał, co stanowiło o wyjątkowości filmów Lucasa. Teraz mniej się boję o produkowane przez studio kontynuacje gwiezdnej sagi.

Wielką zaletą Guardiansów jest muzyka, którą Star-Lord trzyma na kasecie. Ziemskie hity z lat 70. świetnie się komponują z szalonymi, kosmicznymi przygodami. Nie mogę też nie zwrócić uwagi na efekty specjalne – imponujące, acz nieprzytłaczające (nawiązując do starwarsowego tropu). Kolejnym atutem jest duża dawka humoru, idealnie wpasowującego się w konwencję, gdzie ironia żeruje na patosie.

Trzeba też pochwalić aktorów. Chris Pratt uniósł ciężar roli Petera Quilla, natychmiastowo zyskując sympatię widzów. Show jednak kradnie mu Bradley Cooper jako Rocket. Nawet Vin Diesel, mówiący tylko „I am Groot” wywiera wrażenie, spotęgowane przez animację gałęzi. Trudno rozpoznać w zielonej Gamorze i błękitnej Nebuli Karen Gillian i Zoe Saldanę, ale one też dobrze grają swoje role. Drugi plan też jest ciekawy – pojawiają się Glenn Close i Benicie del Toro. Jedynym chyba rozczarowaniem jest nieco nijaki (w stosunku do tak wyrazistych postaci) Lee Pace jako Ronan.

„Guardians of the Galaxy” to produkcja, która ujęła mnie swoją bezpretensjonalnością i humorem. Wszystko tu jest na właściwym miejscu i w odpowiednich proporcjach. Spokojnie mogę zarekomendować ten film jako dobrą rozrywkę na lato… i nie tylko.

 Śledź