sobota, 27 grudnia 2014

Kinowe podsumowanie 2014 roku

2014 powoli się kończy, więc wzorem chyba wszystkich postanowiłam zrobić podsumowanie roku. Skupiłam się przede wszystkim na filmach, które widziałam w kinie (z wyjątkami, głównie telewizyjnymi). Nadal bowiem zostało mi kilka DVD do zobaczenia (głównie z tymi oscarowymi filmami), więc oczywiście listę będą dominować przede wszystkim blockbustery. O zaległościach napiszę kiedy indziej.
PPS. Tak, wstydzę się tych zaległości, nadrobię to D:
Luty:
The Lego Movie
Śledziowy zaciesz :D

Bardzo chciałam zobaczyć ten film w kinie, ale udało się dopiero z DVD. I wiecie co? IT WAS AWESOME! Serio, to dowcipna ekranizacja zabaw, jakie chyba każdy toczył w dzieciństwie (ja na przykład z tych względów lubię scenę ze "SPACESHIIIIIP!"), okraszona strasznie fajną obsadą w oryginale (zaleta DVD, ale dubbing też daje radę), i w dodatku najlepsze kinowe przedstawienie Batmana (a jak dodamy Wonder Woman i przezabawną relację Supermana z Green Lantern, to niech się powstające Justice League z Batfleckiem schowa!)
Marzec:
Only Lovers Left Alive

Jak można nie lubić takich protagonistów?

Bardzo dobry film, na który przyszłam dla Toma Hiddlestona, a wyszłam z Jimem Jarmuschem. Aktorstwo pierwszorzędne, zdjęcia i muzyka niesamowite, a narracja zaaskakująco niespieszna. Mimo tego nie chciałam rozstawać się ze światem przedstawionym, który ujął mnie między innymi ciekawą interpretacją wampiryzmu (daleką od wszelakich Edwardów i innych brokatowych wróżek) i nieśmiertelności. A z bohaterami to bym chętnie porozmawiała, nawet jeśli są, jak mówi w filmie Ava, "parą snobów".

Muppets Most Wanted
Bywam psychofanem. A intensywna "faza" na Jamesa McAvoya trwa tak od "First Class", sorry not sorry. 

Honourable mention, na który niedawno rodzinka natrafiła w telewizji. W zasadzie to film kierowany dla dzieci, ale nie mogłam przegapić nawet najkrótszego występu Toma Hiddlestona (z wąsem :D ). I się doczekałam, po drodze rozpoznając milion innych cameo. Najdumniejsza jestem z zauważenia tego dostawcy UPS ze znajomą rudawą brodą, który wg IMDB okazał się faktycznie być McAvoyem (niezbyt stosowne? Trochę psychofańskie?)

Captain America: The Winter Soldier
Kapitan, jak inne filmy drugiej fazy, ma przepiękne napisy. I sceny po nich (ja chcę już Age of Ultron!)

W tym roku powstały dwa najlepsze filmy Marvela, w dodatku zupełnie różne. Oto film, po którym Kapitan przestał być najmniej lubianym Avengerem. W ramach marvelowej zabawy genre movies dostaliśmy trzymający w napięciu thriller szpiegowski, w którym ścigany przez wszystkich Steve Rogers łączy siły z Natashą Romanoff (ja chcę więcej Wdowy w MCU!) i nowym super-znajomym, Samem Wilsonem (aka Falconem). Ale fajnie było to obejrzeć potem jeszcze raz na letnim maratonie drugiej fazy MCU :D

The Grand Budapest Hotel
Film, w którym każda klatka jest dziełem sztuki.

Jak na Wesa Andersona przystało, przepiękny film z niesamowitą obsadą. A fabuła tym razem operetkowa, ale nostalgiczna: opowiada o dziejach tytułowego hotelu znajdującego się w Żubrówce. I o historii konsjerża doskonałego, który zostanie wplątany w intrygę związaną z pewnym obrazem należącym do jego kochanki (znowu Tilda Swinton, tym razem ucharakteryzowana nie do poznania)
Kwiecień:
The Amazing Spider-Man 2
cytując tumblra: "a 90s dicaprio put through a fruit dehydrator"
Meh. W tym roku na filmach superbohaterskich bawiłam się lepiej. Cóż, lubię Garfielda jako Spideya (znacznie bardziej niż smętnego Maguire'a), Emmę Stone jako Gwen i polubiłam Dane'a DeHaana. Ale zdecydowanie nie zagrał scenariusz (jeżeli Śledź podczas seansu rozkminia dziury fabularne, to wiedz, że coś się dzieje). Aha, nie lubię takiej muzyki, ale Spidey kontra dubstep było chyba fajne. I podobała mi się (SPOILER ALERT) scena śmierci Gwen. Może i nie mam duszy, ale taka prawda.
Maj:
X-Men: Days of Future Past
Sequel prequela, czwarta część trylogii i jednocześnie reboot. To zdanie, wbrew pozorom, ma sens.

Mutanci! Czyli film, na którym prawie zjechałam z fotela fangirlując już na napisach początkowych. Spotkanie starej i nowej obsady, podróże w czasie, naprawianie kontinuum po Ostatnim Raku Bastionie, powrót Bryana Singera - zapowiadało się na hit lub kit. Ale się udało! Miło było znowu zobaczyć McKellena i Stewarta (wraz z resztą starej drużyny), ale też moich ulubieńców z First Class (i jeszcze bardziej fanię na McAvoya, który dał tu prawdziwy popis).
Aha. TAK, TA SCENA Z QUICKSILVEREM :D
Bohater, na którego wszyscy najpierw narzekali, a po filmie chyba każdy go pokochał.

Czerwiec:
How To Train Your Dragon 2
Też oglądam ten film dla smoków, zwłaszcza Szczerbatka

Ja chcę smoka! Film ukazał się już na DVD, jednak uważam, że warto było zobaczyć popisy skrzydlatych ulubieńców na srebrnym ekranie w 3D. Jak w wypadku Kung-Fu Pandy, sequel rozwija świat przedstawiony i family issues. A jak to jest animowane! Zdecydowanie 2014 był udany dla animacji.

Honourable mention dla The Fault in Our Stars, którego nadal nie zobaczyłam, w przeciwieństwie do mojej siostry (oddaję jej głos)
Najurokliwsza scena w filmie wg Śledzia Jr.

Film jest w miarę wierną ekranizacją powieści Johna Greena o tym samym tytule, która opowiada o miłości dwojga nastolatków chorych na raka. Osobiście film mi się nawet podobał, ale znam osoby, które nie oceniają go tak dobrze jak ja. Jednak im(w przeciwieństwie do mnie) nie przypadła do gustu również książka. Wszystko zależy od gustu.
PS. tak, jest to "wyciskacz łez"
Lipiec:
(Przedziwnym trafem nie obejrzałam żadnej premiery tego miesiąca)
Ale od tego momentu recenzje trafiały już na tę stronę, możecie je sobie odświeżyć, klikając na odpowiednie linki
Sierpień:
Guardians of the Galaxy
(single manly tear)

The Hundred-Foot Journey
Nawet nie ukrywam swojej sympatii do "filmów o jedzeniu"

Wrzesień i październik:
(kolejne puste miesiące, niemożebne)
Listopad:
Big Hero 6
Kolejna fajna animacja 2014, tym razem od Disneya i Marvela

Honourable mention dla Kosogłosa (znowu oddaję głos Śledziowi Jr)
Ależ oczywiście, że obejrzę ten film, ale jak wyjdzie na DVD

Opinie wielu osób są podzielone, jednak widać w tym pewną zależność. Nieczytający książki często uważają, że film bywa nudny i pozbawiony akcji, a fani powieści uznali Kosogłosa za fenomenalną adaptację. Należę do tej drugiej grupy.
Warto docenić grę aktorską, zwłaszcza aktorów wcielających się w nowe postacie (Natalie Dormer jako Cressida)
Grudzień:
Czekam na Hobbita, ale teraz to już tak perrwerrsyjnie (zaskakujące, jak bardzo mój fan Tolkiena wyparł Pustkowie Smauga). A poza tym to każdy wie, jak bardzo lubimy pisać złe recenzje (bo wątpię już w to, że film mi się spodoba)
Wątpię w PJa, najwyżej sobie popatrzę na Thranduila na łosiu
No, to by było na tyle. Dobrze mi się chodziło do kina w 2014. Może nawet sklecę notkę z kinowymi planami na 2015. A Wy, co szczególnie miło zapamiętaliście z tego roku?
Śledź



piątek, 12 grudnia 2014

Lets go and do some SCIENCE! Czyli recenzja Big Hero Six

Chciałam pójść na film. Całkiem sporo na niego czekałam, interesowałam się wiadomościami o nim, planowałam napisać recenzję. W zasadzie pójście na "Kosogłosa" miałam zaplanowane, gdy rok temu wychodziłam z sali kinowej po "W pierścieniu ognia". Ale po drodze pojawił się cudowny zwiastun nowego filmu Disneya, który pokazałam całej rodzinie. I tak oto już dzień po premierze familia Śledziów znalazła się na seansie "Wielkiej Szóstki". I świetnie się bawiła.
But first, lemme take a #SELFIE (musiałam)

Wydawać by się mogło, że nie miałabym nic do roboty w sali kinowej wypełnionej dziećmi (i rodzicami), które wydają się być grupą docelową każdej disneyowskiej produkcji. Uważam jednak, że o wielkości tych animacji stanowi fakt, że mogą sprawić frajdę osobie w każdym wieku. Zwłaszcza, że "Wielka Szóstka" była promowana jako film (luźno)oparty na komiksach Marvela.
Napisałam już, jak uroczy potrafi być ten film?

Jak to często bywa, nie zapoznałam się z materiałem źródłowym, ale dzięki internetowi dowiedziałam się o wielu wprowadzonych różnicach (w tym o kontrowersjach związanych z "wybieleniem" postaci Freda). Akcja wersji filmowej dzieje się w futurystycznym mieście San Fransokyo, gdzie razem z ciotką i bratem mieszka nastoletni geniusz Hiro Hamada. Chłopak wykorzystuje swój talent na nielegalnych walkach botów, do czasu, gdy jego brat Tadashi pokazuje mu znajdującą się na uczelni "nerdownię", w której razem z przyjaciółmi robi SCIENCE. Oczywiście Hiro od razu postanawia wziąć udział w konkursie naukowym, w którym nagrodą jest indeks (a design i animacja przygotowanego wynalazku są prze-cu-dow-ne). Jednak nie można zapomnieć, że oglądamy produkcją studia odpowiedzialnego za takie filmy jak "Król Lew" - podczas pokazu zdarza się tragedia, która sprawia, że Hiro pogrąża się w smutku, a potem postanawia pokonać tajemniczego zamaskowanego villaina, który ma być odpowiedzialny za nieszczęście. A wsparcia udziela mu właśnie ekipa z "nerdowni" i zaprojektowany przez Tadashiego medyczny robot Baymax.
Nietrudno polubić taką ekipę, nawet (a może zwłaszcza) w cywilu

Najjaśniejszym punktem filmu są właśnie bohaterowie: ich sukces polega na tym, że to grupa zupełnie różnych postaci, z których każda okazuje się wychodzić poza ramy stereotypu. Robot Baymax jest niezaprzeczalnie uroczy, ale po wgraniu mu nowego programu potrafi kopać tyłki (jak Neo po wgraniu mu nowego... Oh wait). Twardzielka GoGo okazuje się być niezwykle lojalna i wielkoduszna, a uwielbiajaca róż blondynka Honey Lemon może być bad-assem z laboratorium chemicznym w  torebce (duży punkt dla Disneya, strasznie mi się podoba wprowadzenie właśnie takiej postaci kobiecej). Wasabi zaś okazuje się być miłującym porządek i przepisy pedantem (choć mi to podchodzi pod OCD) z lękiem wysokości, jednak i tak jest ważnym ogniwem drużyny. Nawet Fred, zupełnie "nienaukowa" maskotka wydziału, nie jest tylko typowym luzakiem. W ogóle jest to świetna i zabawna postać, ale tylko do momentu, w którym łapiemy się na tym, że to właśnie z nim możemy się najbardziej utożsamiać...
Uwielbiam to, jak napisana została Honey Lemon. Nawet nie przeszkadza mi to, że z wyglądu bardzo przypomina Roszpunkę.  

Sama fabuła zaś jest bardzo fajna (i jak słusznie zauważa Malkontentka, w nieglupi sposób pokazuje młodszej widowni dość trudny temat przepracowania żałoby po bliskich). Znajduje się w niej miejsce i na śmiech, i na łzy. Akcja czasem pędzi na złamanie karku, a czasem daje moment wytchnienia, ale na pacing nie można narzekać.
MIKROBOTY. Nuff said.

Dobrze spisuje się również animacja (jak zawsze u Disneya). Po "Zaplątanych" i "Krainie Lodu" wydaje się, że Disney odnalazł już swój charakterystyczny styl również w animacji komputerowej. Każda z postaci tworzących Wielką Szóstkę wyróżnia się nie tylko charakterem, ale również graficznie. Świetnie też został wykreowany świat przedstawiony - kiedy tempo zwalnia, miło się obserwuje detale obserwujące San Fransokyo. Jego architektura to ciekawe spojrzenie na melanż zachodniej i wschodniej kultury. Muszę również powtórzyć zachwyty nad designem wynalazków (zwłaszcza mikrobotów). Mimo wszystko jednak mam wrażenie, że "Big Hero Six" nie przebiło "Frozen" pod względem animacji - ale naprawdę trudno przebić tamtą animację śniegu (przynajmniej teraz, poczekamy, zobaczymy)
Cytując Tumblra:
"A very accurate depiction of a cat owner
Also drunk people
Especially DRUNK CAT OWNER"

Co do humoru - przed premierą pojawiały się narzekania na Baymaxa, który miał stanowić element komiczny z gatunku "it's funny because he's fat". Szczęśliwie jednak udaje się przemycić twórcom te nieco bardziej abstrakcyjne dowcipy związane z relacją robota i człowieka (a propos: w kilku scenach pojawiały się idealne momenty na wykorzystanie Praw Robotyki Asimova, byłby to miły ukłon dla osób zainteresowanych tematem). Sceny zaś, w których Baymaxowi wyładowuje się bateria, są sprytnym pomysłem na pokazanie w filmie dla dzieci zachowań właściwych pijanemu człowiekowi. Film jednak nie przekracza granicy dobrego smaku - w przeciwieństwie do wielu wyświetlanych przed seansem zwiastunów przedświątecznych produkcji, na których dosyć często odczuwałam "second-hand embarassment".
Dzieje się, jest zabawnie, a całą produkcję można oglądać bez zażenowania.

"Big Hero Six" sprawdza się jako film Disneya, ale jest też świetną zabawą dla fanów filmów Marvela. Wszystkie elementy składające się na fajny film o superbohaterach są - różnorodne postaci i interakcje między nimi, dowcipne dialogi, wartka akcja, villain z tragiczną historią, widowiskowe konfrontacje, oraz REWELACYJNA scena z Fredem, w której oddany jest nieco autoironiczny hołd komiksom i czytającym je geekom. Aha, i nie zapomnijcie o scenie po napisach (na której zostało jeszcze mniej osób niż na tej po Amazing Spidermanie 2) oraz cameo Stana Lee (łatwo o nim zapomnieć, ale jak już się pojawi, to spadniecie z krzeseł). Big Hero Six nie jest powiązane z MCU, ale jeśli je lubicie, na pewno będzie warto zobaczyć animację.
Avengersi, Guardiansi: macie poważną konkurencję w kategorii "ulubiona drużyna"

Co do tłumaczenia i dubbingu - nie narzekam. Oczywiście nie miałam jeszcze okazji porównać go z oryginałem, ale polska wersja dała radę. Szczęśliwie uniknęłam częstego wrażenia, że ktoś "brzmi znajomo". Nawet umknął mi fakt, że Zbigniew Zamachowski udzielał głosu Baymaxowi, którego na pewno nie skojarzyłabym chociażby ze Shrekiem, gdyby nie napisy końcowe. Tłumacznie zaś brzmi nieźle, nawet brak w nim nadużywanych modnych zwrotów obcojęzycznych i "wierzbiętyzmów" (nie licząc kota Mohera).
W skrócie: oglądajcie. Warto. Bardzo.

Podsumowując - trudno mi narzekać na Big Hero 6, ale jeszcze trudniej spisać mi zachwyt w słowa. Dlatego nie będę dłużej przedłużać - zabierzcie znajomych nerdów, młodsze rodzeństwo lub całą rodzinę na ten film, wszyscy będą się na nim dobrze bawić. A jeśli nie znajdziecie chętnych - biegnijcie sami do kina!
Śledź