piątek, 9 października 2015

Wyzwanie czytelnicze - Young Avengers vol. 1

DISCLAIMER: notka (w czwartym akapicie) zawiera mniejsze lub większe spoilery (dotyczące wątków queer w omawianym komiksie).

Powinnam się już była nauczyć, że robienie planów mi nie wychodzi, zwłaszcza jeśli chodzi o pisanie. Zaskakująco sporo rzeczy po drodze mi wypadło i ambitne plany powrotu do regularności szlag trafiał. Szczęśliwie jednak z powrotem nabrałam motywacji, a wszystko to przez organizowane przez Rusty wyzwanie czytelnicze. I tak się jakoś zdarzyło, że wpadłam na kilka pomysłów na teksty o komiksach. Może wpadnie mi do głowy warta opisania pozycja z innego medium, ale samych komiksów powinno mi starczyć na trochę czasu. Zacznę więc od opisania jedynego tytułu, za który Marvel zyskał nagrodę GLAAD - mam tu na myśli Young Avengers Vol 1 i Vol 2 - oboma runami zajmę się w osobnych tekstach.

Jak więc zacząć czytać YA? To z pozoru proste pytanie okazuje się być nieco bardziej skomplikowane - mówimy w końcu o komiksie superbohaterskim. Spróbuję jednak być zwięzła - opcja podstawowa (rekomendowana przeze mnie) to YA: Vol 1 (12 zeszytów), Avengers: The Children's Crusade (9 zeszytów) i YA: Vol 2 (15 zeszytów). Droga na skróty to przeczytanie tylko Vol 2, które powstało w ramach inicjatywy Marvel!NOW, mającej pozwolić nowicjuszom na bezproblemowe wejście w świat komiksów wydawnictwa i na rozpoczęcie przez twórców zupełnie nowych wątków. W wypadku YA lepiej jednak znać wyżej wymienione pozycje, ich konsekwencje bowiem mocno wpływają na skład drużyny i na samych bohaterów. Vol 1 zaś trzeba czytać w kontekście komiksowych wydarzeń z tamtego okresu, takich jak Avengers Disassembled Bendisa. 
Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo - ten tekst powinien jednak Wam pomóc w rozeznaniu się.
Aha, i jeżeli wolicie czytać po polsku - żadna z omawianych historii nie została u nas wydana, są jednak spore szanse, że w ramach WKKM gdzieś w lutym ukaże się Children's Crusade - niezły w sumie punkt wyjścia dla osób planujących zacząć czytać YA.

Przejdę jednak do rzeczy i omówię teraz Vol 1 - run Heinberga i Cheunga. Stanowi on origin story dla tytułowej drużyny - pokazuje, w jakich okolicznościach grupka nastoletnich fanów z supermocami (i bez) postanowiła wspólnie zwalczać zło na ulicach Nowego Jorku. Komiks żongluje też stale motywami sidekick/legacy character - zwłaszcza tym pierwszym. Wydawać by się mogło, że koncept ten jest zbyt staromodny, by wpasować się we współczesne uniwersum Marvela, ale zabawa tropami sprawia, że nie wypada to źle, a nawet jest całkiem interesujące. I oczywiście jest tu problem typowy dla nieletnich herosów - jak zwalczać zło, kiedy Kapitan Ameryka grozi, że o wszystkim dowiedzą się rodzice? Aha, i jeszcze pojawia się inny wałkowany na okrągło w Domu Pomysłów temat - podróże w czasie (błogosławieni fani filmów, którzy tylko z Days of Future Past mieli do czynienia). Tak czy siak, osobiście darzę ten komiks sympatią - kiedy powstawał, zmiany w pisaniu komiksów dopiero powoli przychodziły do the Industry. YA można poniekąd uznać za ich pioniera, który nieco się zestarzał, ale nadal się może obronić jako niezła lektura. Również kreska mnie nie zawiodła - Jim Cheung używa delikatnych i ładnie cieniowanych linii, które dają przyjemny, całkiem realistyczny efekt. Zyskuje to jeszcze dzięki żywym kolorom.

A dlaczego postanowiłam go uwzględnić w wyzwaniu czytelniczym? Kiedy w 2005 seria ta miała swoją premierę, Allanowi Heinbergowi udało się wywołać niemałe kontrowersje. Planował* on bowiem sparować na kartach komiksu dwójkę nastoletnich superbohaterów (Hulklinga i Asgardiana), wcześniej subtelnie to sugerując. W pierwszych kilku zeszytach jednak okazało się, że sugestie nie są aż tak... subtelne - fani wszystkiego się domyślili i rzecz jasna zapanowała wrzawa. Znalazły się głosy chwalące decyzję twórców (posiadanie w drużynie dwóch wyoutowanych członków, których orientacja nie jest najważniejsza w komiksie), ale sporo też było osób krzyczących o demoralizacji młodzieży (skąd my to znamy?). Jeżeli będziecie mieć okazję przeczytać YA w wydaniach zeszytowych z kolumną listów, koniecznie ją przejrzyjcie - z perspektywy czasu jest to całkiem ciekawe doświadczenie. Tak czy siak, w zeszycie #7 następuje najlepszy bodajże coming-out w dziejach, a potem sprawy się toczą swoim rytmem - MGH, knflikt Kree i Skrulli, nowy członek drużyny - czyli dzień jak co dzień na Ziemi 616. Związek Hulklinga i Wiccana/Asgardiana nadal gdzieś tam jest, ale tak jak wcześniej nie jest ani szczególnie ważny dla fabuły, ani nie jest w jakikolwiek inny sposób podkreślony - Heinberg woli się skupić tu na charakterach (i mocach) postaci (TV Tropes na stronie poświęconej YA wymienia tropy But Not Too Gay i Straight Gay). Oczywiście sposób portretowania wspomnianej relacji zmienia się podczas Children's Crusade i YA vol 2. Jednak to są tematy na zupełnie inne teksty (o vol2 napiszę w ramach wyzwania, a Children's Crusade odświeżę sobie, jak wyjdzie po polsku).

Reasumując: jeżeli lubicie komiksy superbohaterskie, tematykę young adult, reprezentację i zdywersyfikowane postaci lub podróże w czasie, z pewnością powinniście zacząć czytać Young Avengers. Jest to fajna historia z ciekawymi bohaterami, dowcipnymi, acz realistycznymi dialogami i ładną oprawą graficzną. Kiedy już skończycie, możecie (ale nie musicie) zabrać się za YA Presents (eventowe tie-iny odradzam), a potem na pewno powinniście przeczytać Children's Crusade, żeby zakończyć lekturę przy vol2. Tak czy siak, polecam i mam nadzieję, że mój tekst rozjaśnił wam sytuację i zachęcił do sięgnięcia po komiks - taki był w końcu jego cel.

*podaję tu wersję uproszczoną; jak wiedzą fani, pierwotnie story arc Hulklinga miał poruszać aspekty związane z genderfluidity i poszukiwaniem tożsamości płciowej - trochę jak w Runaways, o których na pewno tu napiszę. Edytor zaproponował jednak wycięcie tych "komplikacji" i w rezultacie kanon jest, jaki jest.

środa, 9 września 2015

The Wicked + The Divine 14

Zaczął się wrzesień, miesiąc będący dla mnie czasem zmian i nowego początku nawet bardziej niż styczeń. A to oznacza powrót do roboty, w tym rzecz jasna bardziej regularnego pisania. Chciałabym ożywić blog cotygodniowymi tekstami (głównie o książkach i filmach) w weekend i tekstami o nowych komiksach w środę tak szybko jak się zbiorę (czwartek/piątek). Być może na tych planach straci długość notek, ale mi tam to nie przeszkadza. Tyle słowem wstępu, pora na meritum.
WicDiv to dzieło genialne i będę bronić tego stwierdzenia. Jeżeli nie wiecie, o co chodzi i po raz pierwszy słyszycie ten długaśny tytuł lub skrót, to śpieszę z pomocą: moja króciutka recenzja ukazała się właśnie w nowym numerze W Ogóle. Jeśli zaś wolicie zapoznać się z przemyśleniami dotyczącymi #14 (i najnowszego story arcu), zapraszam niżej. Bezspoilerowo, nie licząc wspomnienia o tym, jaką formę przybiera komiks.

Już #8 zeszyt pokazał, że Kieron Gillen świetnie czuje i wykorzystuje medium komiksu, a #14 to tylko ugruntowała. Chapeau bas. Serio, mimo że na rynku jest sporo dobrych/świetnych/pięknych/mądrych/ciekawych komiksów, to rzadko kiedy zdarza się coś, co robiłoby genialne rzeczy z komiksem jako medium (ostatnio był to RE-WE-LA-CYJ-NY Hawkeye by Fraction/Aja/Wu, z jeszcze lepszym finałem). W #14 dochodzi to tego intrygujący koncept (I swear, nigdy się z tym nie spotkałam*), mianowicie [lekkie SPOILERY dotyczące natury odcinka] mamy do czynienia z komiksem, w którym warstwa graficzna jest w całości remiksem poprzednich zeszytów (i Sex Criminals wspomnianego już Fractiona), pokazującym świat przedstawiony z perspektywy głównego bohatera.
I niech oni już dadzą wszystkie możliwe Eisnery Matthew Wilsonowi, bo mu się należą. SERIO. #8 i #14 przede wszystkim to jego opus magnum, amen. Zresztą porównanie kolorów w komiksie do soundtracku w filmie brzmi tym bardziej dosłownie (ciekawie?) w kontekście "remiksu".
A co do protagonisty miesiąca: ugh. Woden przestał być tylko fedora guy'em Panteonu - zyskał dodatkowe wymiary jako postać. I wierzcie mi, to naprawdę nie było przyjemne. Bywało wręcz obrzydliwe, choć oczywiście inaczej, niż na przykład splash z tweetami z #13. Co jest jeszcze ciekawsze w kontekście Ananke - postaci, która już sporo namieszała, i widocznie nie przestaje.
Jak zaś obiecywał Kieron Gillen, istotnie dostaliśmy mnóstwo wyjaśnień. Ale żeby było wesoło przez jeszcze co najmniej miesiąc, równie sporo (a może nawet więcej) niedomówień i tajemnic. #TypowyWicDiv/kierongillen_liked_this.jpg
No i oczywiście kontynuowana jest zapoczątkowana na porządnie w #13 krytyka społeczna (i bardzo dobrze). I choć osobiście uważam, że #12 była nieco słabsza, to jak na razie story arc "Commercial Suicide" prezentuje wysoki poziom, który do grudnia może kilkukrotnie przebić jeszcze "Faust Act" i "Fandemonium" razem wzięte.
Aha, zapomniałam napisać, że i liternictwo spisuje się świetnie. Ujęła mnie przede wszystkim chyba scena z wykorzystaniem Impacta (lub podobnego fontu).

No i to by było chyba na tyle w ramach mojego zeszytu tygodnia (może napiszę coś jeszcze o nowym Phonogramie, lub innej premierze). Ogólnie rzecz biorąc, czytajcie. A jak zechcecie porozmawiać, to gorąco zapraszam niżej do sekcji komentarzy, polskiej grupy, lub na tag na tumblrze. Wszędzie Wam odpiszę.
Śledź
*ale jeżeli wy to już gdzieś widzieliście, piszcie, proszę.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Śledź robi hiatus

I wszystko jasne. Urlopuję i nie chcę obiecywać gruszek na wierzbie i innych cudów. Będę szczera, nawet niezbyt mi się chce cokolwiek o comic-conie pisać (no ale Deadpool to mnie kupił). Prędzej czy później wrócę do radosnej twórczości własnej. Wkrótce powinna się też ukazać moja recenzja na Panteonie. Czego? Zobaczycie.
Śledź

wtorek, 30 czerwca 2015

Dinozarły i cała reszta - wrażenia po "Jurassic World"

Jak pewnie wielu z Was, tak i ja w dzieciństwie przechodziłam okres fascynacji dinozaurami. Pierwszy "Jurassic Park" oglądałam wypożyczony z osiedlowej wypożyczalni VHSów (#gimbyniepamietajo, jest to coś niemalże tak prehistorycznego jak fauna mezozoiku). Książkę Michaela Chrichtona zaś wzięłam kiedyś na wakacje, co oczywiście skończyło się czytaniem w kółko, aż do znajomości niemal na pamięć. Można więc powiedzieć, że moja wyprawa do kina była nostalgia-driven i nastawiona na dinozaury. Jeżeli tego oczekujecie, to uspokajam: to właśnie otrzymacie.
Panie i panowie, rozpocznijmy więc wycieczkę.
Z cyklu TruStory. I ain't even kidding, ale to mnie bawi.

1/2. Fabuła:
W podstawowych założeniach niezwykle przypomina JP i Tupolewa katastrofy samolotowe: mnóstwo małych incydentów, które razem prowadzą do rozwałki wszystkiego.
1. Nostalgia: 
Oczywiście można iść do kin bez wcześniejszego kontaktu z serią, ale widać, że JW dużo bierze od poprzedników i do nich nawiązuje. Mniej lub bardziej subtelnych nod-offów jest tu całkiem sporo, co oczywiście dla każdego starego fana powinno stanowić frajdę. Heck, nawet na tych nowoczesnych ekranach w parku gości animowany ludzik z DNA, daleki kuzyn spinacza z Worda ^^
Ale mojego ulubionego matematyka (dzięki ci Spielbergu za zachowanie mu życia, w przeciwieństwie do książki) brak

2. Dinozaury:
Są. I to ładne. I tak, jak JP można podsumować słowami "T-Rex no, raptors no", tak teraz będzie to raczej "T-Rex yiiissss, raptors yisssss". Warto pamiętać o tym, że wszystkie to samiczki, silne postacie kobiece, she/her pronouns, bo tłumacz chyba o tym zapomniał (wtopa jak z zabawkami Hasbro, huehue), ale o seksizmie i scenariuszu to my zaraz sobie pogadamy. Nie psuję jednak humoru, te kilkanaście/dziesiąt minut ze starymi znajomymi to sama frajda.
A Indominus Rex ma chyba geny samego Gacka, bo Batman Gambit mu niestraszny :D 
3. Scenariusz i konstrukcja postaci
Musiałam (czy ktoś to już zrobił?)
Nie będę tutaj pisać szczegółowo i dokładnie o aspektach seksistowskich, o tym już się naprodukował Zwierz (nie wszystko może tak odebrałam, ale warto się zapoznać)
Nad scenariuszem pracowało czterech twórców - widać to w pojawiającym się "leniwym pisaniu". Dotyczy to nie tylko klisz w rozwiązaniach scenariuszowych, ale zwłaszcza konstrukcji postaci. Żeby opisać tak-cool-że-aż-jeżdżącego-z-raptorami Samca Alfa Chrisa Pratta, trzeba odkopać zapomniany chyba trochę (w przeciwieństwie do żeńskiego odpowiednika) termin - Gary Stu. Jego przeciwieństwem (ale nie w sensie yin-yang, tam czarne i białe pole posiadają odpowiednio białą i czarną kropkę, czego tu nie widać) jest Claire - postać tak karykaturalnie zorganizowana i zimna, jak tylko na kobietę biznesu, która "nie zdążyła zostać mamą" przystało. I tak, wszystko, co słyszeliście o popieprzaniu (pardon mój klatchiański) po dżungli w szpilkach, jest prawdą. Nie mówiąc już o tej linijce rzuconej do okularnika, oczywiście związanej z "byciem prawdziwym mężczyzną". Cóż, Śledź jednak woli dla własnego komfortu wierzyć w niefortunne sformułowanie zdań, a nie w mizoginię wśród ludzi (podobnie, jak z niedawnym coming-outem Icemana, który okazał się być bifobiczny). Morał jest prosty: jak chcecie feminizmu, to idźcie na Mad Maxa. Ale tam nie ma dinozaurów.
words of wisdom

4. Pieniądze
Nie od dziś wiadomo, że w takich Bondach lokowanie produktu stanowi nawet 1/3 budżetu. Ale tutaj mamy product placement lvl Amazing SpiderMan 2. Serio. No chyba, że to jakiś zabieg artystyczny, który ma nam pokazać, nie mówić, że stworzony na Isla Nublar park rozrywki to w istocie jedna wielka komercha.
5. Także reasumując:
Mimo tego wszystkiego, nie bawiłam się źle. Jeżeli ma to być wasz fave, to na pewno będzie to problematic fave. Ale tym pięknym, Smaugowym ślepkom raptorów nie można odmówić ;>
Śledź
PS. Jutro Inside Out! ^^

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Mad Max: Fury Road jest super - luźne przemyślenia po seansie

Nareszcie. Nareszcie zobaczyłam film, o którym było tak głośno na tumblr. (chyba według tamtejszej blogowej braci jest to Blockbuster Lata*) Dosyć późno, biorąc pod uwagę ogromną miłość Śledzia Jr. do Toma Hardy'ego. Oparłam się pokusie, związanej z tym, że ponoć 1080px jest już we internetach i pofatygowałam się do kina. Poniżej przedstawiam niekoniecznie ogarnięte refleksje, z których kiedyś Być Może™ zrobię pełnoprawną recenzję. Disclaimer: poprzednich trzech Mad Maxów nie widziałam, mam je jeszcze przed sobą.

Po pierwsze: świat przedstawiony. Dużo zyskuje na tym, że widz zostaje w jego środek wrzucony, i odkrywa reguły rządzące jego kawałkiem. Może też podziwiać małe detale, dodające charakterystcznego klimatu (takie jak na przykład używany w Cytadeli salut, naśladujący układ cylindrów w silniku V8)
Po drugie: fabuła. Wszystko, co już czytaliście jest prawdą: ten film to jeden wielki pościg. ALe za to jaki! Emocjonujący (dosłownie wciskający w krawędź fotela), bez chwili wytchnienia i skrzący się wybuchającymi samochodami (w większości jest to dzieło praktycznych efektów specjalnych). Tylko tyle i aż tyle. W porządnym wykonaniu - w sam raz na niegłupi film na lato.

Po trzecie: bohaterowie. Trudno mi się zgodzić z tym, że nie jest to historia Maxa. Choć najważniejszym elementem jest bez wątpienia ucieczka Furiosy i Żon, trudno nie docenić nieco szorstkiej relacji między dwójką głównych bohaterów (bez podtekstu romantycznego, God bless). A w ogóle - świetne jest to, jak została potraktowana niepełnosprawność Furiosy - podobnie, jak w HTTYD. Oczywiście wszystko trzyma się na świetnym aktorstwie, wygrywanym przede wszystkim oczami - trudno znaleźć mi jeden fałszywy ton. Aha, i sercem całym kupuję Hardy'ego jako PTSD Maxa.
Po czwarte: ten słynny, wkurzający fedory MRA już feministyczny przekaz, o którym się już naczytaliście. Zabawne jest w sumie to, że czytane przeze mnie recenzje koncentrują się właśnie na feminiźmie, choć jest on tu związany silnie z ekologią. W końcu nie tylko mężczyźni, ale też ich machiny zniszczyły świat. Dlatego tak ważny wydaje się być tu np obraz Dag niosącej kufer z nasionami i kiełkującymi roślinami. Aha, i warto też wspomnieć, że nie zauważyłam w filmie mizandrii - takie cytaty jak np. "who killed the world?" pokazują raczej (mowa tu o mojej interpretacji), że tacy, jak Immortan Joe już wyczerpali swoją szansę.
Po piąte: muzyka. Jest świetna. Koniec dyskusji.

Na koniec: gość z miotającą ogniem gitarą wygrywa wszystko, dziękuję, proszę się rozejść.
Także reasumując: podobało mi się, ze 3/4 moich przemyśleń po drodze umknęło, gifset tradycyjnie z tumblra, jutro idę na Jurassic World, a pojutrze na Inside Out, postaram się wszystko w miarę możliwości (i siły woli) opisywać.
Śledź
*Roboczy tytuł na określenie najbardziej gifowanej, lubianej i omawianej na tumblrze produkcji w sezonie. Patrz: 2012 - Avengers, 2013 - Pacific Rim, 2014 - GotG.

piątek, 12 czerwca 2015

Śledź pisze o komiksach - czytaj na Panteonie!

TL;DR - tytuł notki mówi wszystko.

Dłużej: jak pewnie się już zorientowaliście, lubię czytać komiksy (nawet kiedyś tam pisałam o Ms Marvel). Nie goszczą one jednak ostatnio na blogu zbyt często. Przede wszystkim dlatego, że niedawno dołączyłam do załogi portalu panteon.pl.Od tej pory planuję tam publikować komiksowe recenzje i felietony, które, rzecz jasna, będą tu podlinkowane. Hej, już są tam dwa teksty!

Locke&Key - mój redakcyjny debiut, w którym opisuję horror Joe Hilla

I tekst, w którym udowadniam, że dwa pierwsze numery Secret Wars nie są tak złe, jak na Rewolucyjny, Zmieniający Wszystko Event Marvela przystało (wręcz przeciwnie, są fajne, trójka zresztą też).
Także reasumując: zapraszam do lektury i częstego odwiedzania Panteonu!
Śledź

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Dzień Dziecka: Atlantyda

Jeżeli ktoś pamięta o istnieniu tego miejsca we internetach i zauważył, że dawno nic nie pisałam, to chciałabym go przeprosić. Jestem aż tak leniwa, że nie chciało mi się zalinkować do napisanych dla Panteonu artykułów. Strasznie mi wstyd.

Formalności i negatywy na bok, znowu zaczynam "od nowa", a ponieważ jest Dzień Dziecka i miałam rozpoczęty tekst dotyczący animacji, to podzielę się z Wami na temat obejrzanego całkiem niedawno filmu.
Jak pewnie wielu z Was, i ja dziecięciem będąc miałam swój najukochańszy kanon animacji. Rzecz jasna, były to przede wszystkim moje kasety VHS (później też płyty DVD), które mogłam oglądać aż do zdarcia. Wiele z nich nadal darzę sympatią (chociażby "Mulan", "Król Lew", czy "Shrek"), ale nie o tych animacjach będzie tu mowa. Widzicie, w ten sposób przegapiłam wiele uwielbianych współcześnie w Internecie produkcji, które nadal nadrabiam - warto tu wspomnieć chociażby o "Atlantydzie" - filmie chyba niedocenianym, a sprawiającym wiele przyjemności.
Skrót recenzji: Pani Packard/10, iść oglądać.

Jak na produkcję przygodową przystało, fabuła jest dosyć prosta i jednowątkowa - koncentruje się na poszukiwaniu tytułowej krainy. Nie ona jednak jest najważniejszą zaletą - choć oczywiście wprowadza widza w odrobinę Verne'owski nastrój, inspirując się np Podróżą do wnętrza Ziemi. Pomaga w tym umiejscowienie przygody na początku XX wieku i cudowna szata graficzna, o której jeszcze napiszę.
Trzeba też wspomnieć o bogatej galerii postaci, z Milo na czele. Jednak moim zdaniem to bohaterowie
drugoplanowi, cała reszta załogi (oprócz tych złych) bowiem łamie stereotypy na prawo i lewo, dając naprawdę dobry przykład reprezentacji w filmie animowanym (inna taka produkcja, która na szybko przychodzi mi do głowy, to Big Hero 6). Zresztą przesłanie, że tak powiem społeczne na tle różnic klasowych i przywilejów, bardzo fajnie zanalizował Misiael na Mistycyźmie Popkulturowym. Ergo: polecam, jest Edukacyjna Wartość Dodana.

Nie no, naprawdę uwielbiam teksty pani Packard (może dlatego, że kontakt z takim stosunkiem do życia lepiej się spisuje na ekranie, niż podczas czekania "do okienka" w realu), kocham Audrey, nie przeszkadza mi dokonana w polskim dubbingu zmiana włoskiego Vinny'ego na rosyjskiego Wołodię (mimo, że rosyjski akcent jako element mniej więcej komiczny a na pewno nieco zbyt częsty to coś, co bardzo, bardzo mi się przejadło w polskich wersjach językowych), strasznie lubię badassowość Kidy... mam dłużej wymieniać?
Łagodny spoiler - ale Helga to najlepsza boss ass bitch w animacji.

W dodatku wszystkie postaci są cudownie narysowane. Serio, kreska zastosowana w tej animacji to coś autentycznie niezwykłego. Między innymi dlatego, że przy filmie pracował Mike Mignola (tak, TEN). Warto zobaczyć, jaką ewolucję przeszły jego charakterystycznie kanciaste concept arty, gdy zajęli się nimi znani z bardziej "miękkiej" kreski animatorzy Disneya. Mariaż tych dwóch stylów jest niezwykły. Reszta oprawy graficznej, między innymi łódź czy krajobrazy Atlantydy, również zachwycają.

A z perspektywy czasu trochę szkoda, że "Atlantyda" została nieco zapomniana i niedoceniona. Bo myślę, że animacja jest warta wypróbowania. Jest tu chyba wszystko: przygodowa konwencja, oldschoolowe sci-fi, wyraziste postaci i kreska, piękne tła i niegłupi przekaz. W ramach Dnia Dziecka, albo każdego innego dnia, zróbcie sobie przysługę, oglądając ten film. Albo pokażcie dzieciom/rodzeństwu/kuzynom/młodszym znajomym. Mam wrażenie, że ten film ma ogromny potencjał, by przypaść do gustu niezależnie od wieku (choć jak wiadomo, starszy widz wyniesie nieco inne, ciekawe obserwacje).
Aha, i w ramach dzisiejszego święta: naprawdęnie wstydźcie się odkrywać animacji, nawet jeśli już dawno przestaliście być formalnie dziećmi :)
Śledź

piątek, 20 marca 2015

Błękitne Cornetto, czyli recenzja Hot Fuzz

Jakiś czas temu polecałam na blogu "Scott Pilgrim vs the World". Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Edgara Wrighta. Twórczością specyficzną, ale trafiającą wprost do mojego nerdowskiego serduszka. Potem (dzięki telewizji) udało mi się zapoznać z "The World's End", które sprawiło, że zaczęłam szukać dwóch poprzednich części Trylogii Cornetto. Polowanie na DVD z polską wersją językową "Hot Fuzz" zakończyło się sukcesem, a niedawno udało mi się obejrzeć film. I wiecie co?
IT. 
WAS. 
AWESOME.

Zacznijmy jednak tę recenzję "po bożemu", czyli od przedstawienia fabuły. Głównym bohaterem jest londyński policjant Nicholas Angel (Simon Pegg, również współscenarzysta filmu). Angel to supergliniarz - poświęca się swojej pracy całkowicie i osiąga wyniki znacznie przekraczające średnią (think Sam Vimes). Nic dziwnego więc, że przełożeni postanawiają wysłać go do spokojnego i idealnego miasteczka Sandford, w którym nic się nie dzieje. Tam Angel poznaje innego policjanta - Danny'ego Buttermana (Nick Frost), który aż tak dobry w robocie nie jest, ale za to uwielbia amerykańskie filmy sensacyjne o glinach. Nuda musi jednak ustąpić z Sandford, gdy przed wyborami na najlepsze miasteczko zaczyna się seria dziwnych śmierci...
Dalej fabuła zaczyna dryfować w stronę coraz większego absurdu, by doprowadzić do widowiskowego finału z przytupem. Scenariusz jest ułożony tak, że wszystkie, nawet drobne, elementy są po coś i zostają później wykorzystane. Lubię taką konsekwencję, nawet jeśli udaje mi się podczas seansu kilka razy zgadnąć, co się stanie za kilkanaście minut.

Skoro o fabule mowa: cudownie spisuje się tu aspekt meta, reprezentowany przez obsesję Buttermana na punkcie produkcji sensacyjnych. Oczywiście w finale dostajemy przezabawny pastisz tych filmów (cała produkcja opiera się zresztą na przejaskrawianiu i doprowadzaniu do skrajności klisz z buddy cop movies), ale nawet jeśli ich nie oglądacie, to nie poczujecie się źle - wcześniej jest kilka scen, które same w sobie są zabawne i nie mają charakteru nachalnej ekspozycji, ale pozwalają też zapoznać się z tą "klasyką gatunku", która później będzie parodiowana.

Kolejnym atutem filmu jest jego realizacja i strona techniczna. Przy okazji "Scotta Pilgrima" pisałam już o charakterystycznym dla Wrighta sposobie montażu. W większości filmów nie zwracamy uwagi na montaż i przejścia między scenami - dobrze, jeżeli nie są nachalne i nie rzucają się w oczy. Aspekty techniczne często są omawiane w wypadkach, w których zawodzą. Nie jest to jednak casus "Hot Fuzz" - tutaj montaż jest dynamiczny, podobnie z pracą kamery, a elementy kadru szybko pojawiają się lub znikają. I wszystko to doskonale wpisuje się w ramy konwencji, współgrając z humorem (polecam poświęcony Wrightowi film z kanału Every Frame a Painting, w którym Tony Zhou pokazuje, jak technika wpływa na tu humor niewerbalny, w przeciwieństwie do wielu amerykańskich komedii).

I nie mogę nie wspomnieć o aktorstwie - nigdy nie dość zachwytów nad tym, jaką cudowną chemię mają na ekranie Simon Pegg i Nick Frost! Aktorzy są bardzo dobrymi przyjaciółmi, ale mimo tego udaje im się wiarygodnie pokazać trudne początki znajomości dwójki policjantów. Równie dobrze wypada też ich późniejsza relacja, przekształcająca się w swoisty bromance. Aha, i warto też wspomnieć o pojawiających się w tle twarzach - w londyńskiej policji zobaczymy Martina Freemana i Billa Nighy, w Sanford Jima Broadbenta i Timothyego Daltona, i warto też wspomnieć o tym, że swoje cameo ma też Cate Blanchett jako dziewczyna Angela i... Peter Jackson jako złoczyńca-św Mikołaj (przyznam, że ich nie rozpoznałam, to Internety mi pomogły).

No cóż, zgodnie ze szkołą pisania recenzji powinnam też wspomnieć o wadach produkcji, ale (nie)stety od kilku dni po prostu zachwycam się "Hot Fuzz" i nie jestem w stanie znaleźć tu jakichkolwiek elementów, które źle zagrały. Zgodzę się, że to nie film dla każdego (ze względu na brytyjski humor - również ten czarny i krwawe sceny nie dla wrażliwców), ale ja tam jestem w stu procentach kupiona. Teraz jeszcze pozostało mi znalezienie "Wysypu żywych trupów" i czekanie na kolejne produkcje reżysera - niestety nie "Ant-Mana" (którego pewnie i tak zobaczę, ale to nie będzie to samo), ale kolejne. Obecnie czytam "Grasshopper Jungle" (które Wright ma zekranizować), więc postaram się wkrótce opisać wrażenia :D
Śledź
PS. Niemożliwym jest kupienie  "Hot Fuzz" po polsku w jakimkolwiek sklepie internetowym. Polecam wam szukanie na Allegro, ale ostrzegam lojalnie, że większość egzemplarzy to albo wersje z wypożyczalni (jak moja), albo płyty używane. Ale jak się nie ma, co się lubi...

sobota, 14 marca 2015

Strzał w dziesiątkę? Recenzja "Snajpera"


„Snajper”, najnowszy film Clinta Eastwooda, już w momencie premiery wywołał spore kontrowersje. Z jednej strony został nominowany do Oscarów, ale pojawiło się wiele głosów krytycznych, zwłaszcza pod aspektem wymowy i przekazu filmu. Oto bowiem reżyser, uznawany przez wielu za symbol typowego amerykańskiego konserwatyzmu i republikańskich wartości, zekranizował autobiografię teksańskiego snajpera, Chrisa Kyle’a, rekordzisty pod względem celnych strzału z największej odległości. Można było się więc spodziewać, że usłyszymy recenzje, w których podkreśla się szkodliwość filmowej propagandy, gloryfikacji wojny, rasizmu i nietolerancji religijnej. Część internautów uznała wręcz, że produkcja ta, wraz z „50 twarzami Greya” odpowiada niemalże za całe zło tego świata. Warto jednak wziąć pod uwagę to, że uwagi te pochodzą przede wszystkim ze Stanów Zjednoczonych. Mimo globalizacji nadal istnieje swoisty kontekst kulturowy, w którym film ten jest osadzony, co zdecydowanie wpływa na nieco inny odbiór widza znad Wisły.
Pełny tekst znajdziesz w serwisie Wogole.net
PS.: Być może część z Was wie, że zdarza mi się pisać dla tego portalu. Oprócz prowadzenia serwisu wydawana jest też darmowa, międzyszkolna gazeta, na którą obecnie zbieramy pieniądze. Apeluję więc z całego serca - zachęcam Was wszystkich do wsparcia W ogóle poprzez crowdfunding
Liczymy na Was!

niedziela, 8 marca 2015

Szort: Dzień Kobiet - Śledź w urodziny o bohaterkach popkultury

Hej! Dzisiaj ważny dla mnie dzień - w końcu obchodzę 18. urodziny. Pierwotnie planowałam napisać o filmach z 1997, ale nie zdążyłam zrobić researchu (pamiętam tylko, że moimi rówieśnikami są Titanic, Disneyowski Herkules i Men in Black), więc postanowiłam krótko (i może nieco oczywiście) napisać o temacie, który również jest związany z dzisiejszą datą - będzie optymistycznie o kobietach w popkulturze.
Chyba każdy lubi dobrze napisane postacie - konsekwentnie prowadzone, mające własny charakter (i character development), ambicje, motywacje oraz zalety, ale też wady. Długo jednak teksty kultury opowiadały przede wszystkim o ciekawych mężczyznach. Trend ten jednak się zmienia - obecnie chyba w każdym medium mamy szansę spotkać fascynujące bohaterki, które jednocześnie się bardzo różnią.

Pojawia się coraz więcej wysokobudżetowych filmów z ciekawymi protagonistkami, które potrafią zarobić na siebie - spójrzcie chociażby na box-office'owe wyniki "Igrzysk Śmierci". Zwracam tu uwagę na blockbustery, bo odnoszę wrażenie, że to właśnie w nich, w przeciwieństwie do np. kina niszowego, brakowało dobrze napisanych bohaterek. Jak widać, to się zmienia - kiedyś mieliśmy ironiczny "Bechdel Test" (który nadal jest wskaźnikiem, że sporo zostało do zrobienia), ale warto wspomnieć też o "Mako Mori Test", który może przejść film, w którym pojawia się bohaterka z własnym wątkiem, który nie służy wsparciu męskiego protagonisty. Nawet Marvel i DC zapowiadają solowe filmy o swoich bohaterkach - Captain Marvel i Wonder Woman.
Mimo, że produkcje te nadal są w fazie planów, te i inne bohaterki bardzo dobrze mają się w swoim pierwotnym środowisku - komiksie. Koniec ze skąpo odzianymi heroinami, służącymi jako fanserwis dla nerdów. Już na blogu opisywałam Batwoman i cudowną Ms. Marvel, a to nie koniec ciekawych serii z superbohaterkami - zwłaszcza w Marvelu jest ich sporo, powstała nawet seria "X-Men" z mutantkami, a na horyzoncie mamy żeńską wersję Avengers - A-Force (pisze odpowiedzialna za Ms. Marvel G. Willow Wilson, a w składzie mają być m.in Jen Walters i Nico Minoru - nie mogę się doczekać!). Nie wspomnę już o komiksach indie, w których reprezentacja i ciekawe protagonistki to chleb powszedni.
W literaturze nigdy nie brakowało ciekawych protagonistek. Rzeczą, która chyba najbardziej się ostatnio zmieniła, jest sukces książek młodzieżowych spod znaku YA - czytają je głównie dziewczyny, które dostają bohaterki (jest ich więcej niż bohaterów) takie, jak na przykład Katniss - dalekie od ideału, ale na swój sposób silne i zmieniające rzeczywistość. Myślę, że możemy spokojnie zapomnieć o mimozowatych Bellach ze "Zmierzchu" i innych paranormal romances sprzed kilku lat. Czytelniczki (i rynek) wydają się woleć inne historie.
Minęło sporo czasu, odkąd polubiłam Hermionę Granger - dorastające dziewczynki mogą przebierać w dziełach kultury zawierających pozytywne wzorce postaci. I opowiadających ciekawe historie, a przecież o to zawsze chodziło. Wiadomo, że sporo mamy jeszcze do zrobienia, ale dzisiaj chcę być optymistką i wspomnieć kilka sukcesów kultury popularnej. A jakie są Wasze ulubione fikcyjne bohaterki?

niedziela, 1 marca 2015

Short - Batwoman #5

Cześć!
Postanowiłam wprowadzić nową kategorię tekstów na blogu. Mam mało czasu na tworzenie długich materiałów, i wiele tematów, które nadają się na te krótsze. Będą one się ukazywać pod wspólną nazwą - short. Planuję tu zamieszczać takie rzeczy, jak recapy odcinków seriali, zeszytów komiksowych, minirecenzje muzyki i (nieco starszych) filmów. Cel jest prosty - pragnę nieco ożywić blog i zmobilizować się do pisania treści, które nie są ani dla SK, ani dla W Ogóle. Mam nadzieję, że uda mi się powrócić do wakacyjnej normy ponad dwóch wpisów na tydzień, nawet, jeśli stanie się to kosztem ich długości (miejmy nadzieję, ze nie jakości).

Na pierwszy ogień idzie zeszyt, który niedawno wygrałam w konkursie Panteonu - Batwoman #5 (z restartu n52). Muszę przyznać, że przed lekturą mało wiedziałam o bohaterce (tylko tyle, że nazywa się Kate Kane i jest jedną z najbardziej prominentnych postaci queer w DC) i nie byłam pewna, czego mogę oczekiwać. W dodatku fakt, że ten numer kończy story arc "Hydrology", sprawia, że teoretycznie nie jest to najlepszy moment na zapoznanie się z postacią (ale jak się nie ma, co się lubi...). W sumie jednak zeszyt się obronił.
Pomógł w tym zamieszczony na pierwszej stronie recap, który dał nieco lepszy wgląd w backstory i psychikę (poprzez grę skojarzeń) bohaterki. Fabuła koncentruje się tu na walce z porywającym dzieci duchem Płaczącej Kobiety (Weeping Woman), skrywającym sporą tajemnicę, i organizacji DEO, która proponuje Kate współpracę. Zwłaszcza ta pierwsza część skojarzyła mi się nieco z klimatem z początków "Supernatural" (w którym pojawiały się podobne zjawy). Z tego co wiem, ciąg dalszy runu Blackmana i Williamsa również  koncentruje się na legendach miejskich, mitologii i all things supernatural, więc jeśli nadarzy się okazja, to chętnie go nadrobię.
Nadal jednak nie wspomniałam o największej zalecie zeszytu, jaką jest kreska Williamsa. Dwustronicowe panele, wykorzystujące kształt logo bohaterki, zachwycają. Doskonale współgrają z klimatem snutej opowieści (rysownik jest też współscenarzystą), a pomagają w tym kolory - otoczenie Weeping Woman utrzymane jest w palecie zimnych błękitów, a kostium Batwoman kontrastuje z tymi barwami kompozycją szkarłatu i czerni. Widać też różnicę między superbohaterską tożsamością, a odcieniami, w których przedstawiona jest Kate w cywilu.
Złym posunięciem jest rzecz jasna ocenianie całego runu po jednym zeszycie, ale jeżeli cała historia jest utrzymana w takiej właśnie stylistyce, to myślę, ze warto będzie ja sprawdzić. Mam nadzieję to zrobić, a i Was zachęcam do dania szansy akurat tej członkini Batfamily.
Śledź

czwartek, 19 lutego 2015

Zmiany!

Hej,
to NIE będzie długi wpis związany z tematem. Pragnę tylko przypomnieć, że ostatnio mam mało czasu na prowadzenie bloga że w ramach rozwoju tej strony dodałam moduł komentarzy Disqus - z doświadczenia wiem, że dobrze się za jego pomocą prowadzi rozmowy na innych blogach :)

A tak poza tym, skoro coś zmieniam, to nie mogłam sobie darować i nie wstawić tej piosenki - żeby było bardziej popkulturalnie, to rzecz jasna w wykonaniu Crowleya :)
See you soon,
Śledź

niedziela, 25 stycznia 2015

Rzeczy, które wpycham ludziom do gardła

Ten tekst jest w dużej mierze wynikiem udzielania się w facebookowych grupach okołofandomowych. Jeżeli w jakiejś jesteście, to prawdopodobnie widzieliście przynajmniej raz w życiu post o treści typu "co obejrzeć/przeczytać/posłuchać, jakie rzeczy polecacie". Rzadko biorę udział w takich polecankach, ale jeżeli podane przez piszącego kryteria mi odpowiadają (nie ma bowiem w internecie gorszej rzeczy niż ludzie, którzy ignorują podane wymagania), to staram się go przekonać do dania szansy konkretnej rzeczy. Podczas mojej działalności w social media wykrystalizowałam sobie kilka typów należących do różnych dziedzin kultury, i o nich dzisiaj napiszę - mam nadzieję, że i Wy je sprawdzicie (albo już znacie i lubicie)

FILM:

Moim skromnym zdaniem jest to jedna z lepszych (jeśli nie najlepsza) ekranizacja komiksu.

Scott Pilgrim vs the World - film Edgara Wrighta, którego cała widziana przeze mnie filmografia jest godna polecenia (jaka szkoda, że to nie on robi Ant-Mana *chlip*). Reżyser posiada specyficzny, łatwo rozpoznawalny styl, którego chyba najważniejszym  wyróżnikiem jest szybki montaż. Widać to również w polecanej przez mnie produkcji - jest to ekranizacja komiksu Bryana Lee O'Malleya o chłopaku z Toronto, który musi pokonać Siedmiu Złych Byłych ukochanej Ramony. Brzmi absurdalnie? Tak właśnie jest! Zwłaszcza, że pod względem wizualnym produkcja często upodabnia się do komiksu, używając charakterystycznych dla tego medium środków wyrazu (niektóre ujęcia to wierne przeniesienie na ekran kadrów z pierwowzoru) i nie traci pokrętnego poczucia humoru. Mnie ta mieszanka przypadła do gustu. Mam nadzieję, że Wam też się spodoba.
PS. Zwróccie uwagę na cameo (i brwi) Chrisa Evansa, który zagrał (przecudownie zresztą) jednego ze złych chłopaków.
Trudno o rolę tak różną od innych komiksowych postaci Cevansa - Capa i Human Torcha.


SERIAL:

BBC3, dlaczego?

In the Flesh - o tym serialu już się na blogu rozpisywałam w superlatywach, tym bardziej smuci mnie anulowanie dalszej produkcji przez BBC Three (choć fani próbują przekonać do kontynuowania Amazon i Netflix). To opowieść z zombie, ale nie o zombie, traktująca o nietolerancji, inności, odrzuceniu i innych ważnych tematach, mądrze napisana, rewelacyjnie zagrana, z pięknymi, jakby spłowiałymi zdjęciami krajobrazów północnej Anglii. Poza tym: to tylko 9 (słownie: DZIEWIĘĆ) godzinnych odcinków. Proszę więc wszystkich, którzy to czytają, o zobaczenie In The Flesh. A potem podpisania odpowiednich petycji
Dlaczego?

KSIĄŻKI:

Diuna - klasyka literatury science fiction. Frank Herbert stworzył niesamowicie szczegółowy, intrygujący świat, czerpiący z tradycji różnych kultur i gatunków, opowiadając przy okazji historię zahaczającą o tematykę przeznaczenia, tradycji, a nawet ekologii. Powieść niesamowicie wpływa na wyobraźnię - po prostu czuje się gorąco bijące z piasków Arrakis. Nie będę pisać, o czym właściwie jest Diuna - sprawdźcie sami. Nawet, jeżeli fantastyki naukowej dotychczas nie znosiliście.
Cykl Franka Herberta i jego niezwykle sugestywna wizja świata przedstawionego inspirował wielu twórców fanartów.

Ziemiomorze - Le Guin, razem z Lewisem i Tolkienem, zaliczana jest do absolutnej klasyki high fantasy. Tym bardziej szkoda, że mało kto o jej cyklu słyszał. Być może niektórzy z Was mieli Czarnoksiężnika z Archipelagu jako szkolną lekturę (i mają z tego powodu złe wspomnienia), jednak po ponownym przeczytaniu być może zwrócicie uwagę na kilka nierozwiązanych wątków, które znajdą swoje rozwinięcie w Grobowcach Atuanu i kolejnych częściach. W ogóle cykl dużo zyskuje, gdy traktowany jest jako pojedyncza, długa książka, i w ten sposób właśnie wydano jakiś czas temu Ziemiomorze w Polsce (również w wersji elektronicznej, którą w zależności od promocji można kupić czasem nawet za 30 złotych) 
Jeżeli nie słyszeliście o Ziemiomorzu, powinniście koniecznie nadrobić te zaległości.

KOMIKSY:

Wiem, że świat komiksów może się wydawać nieprzyjazny. Ale w ten sposób tracicie właśnie takie perełki, jak cała seria o Hawkeye'u Matta Fractiona.

W kategorii komiksów raczej nie polecam pojedynczych tytułów. Chętnie jednak pomagam ludziom, którzy pragną zacząć swoją przygodę z tym medium (mówię tu głównie o tematyce superhero), a czują się pogubieni i nie mają zielonego pojęcia na temat co, gdzie, kto z kim, jak. Jeszcze na początku zeszłego roku sama byłam takim zagubionym przyszłym czytelnikiem, więc nie występuję z pozycji eksperta, a raczej osoby, która zna Twój ból. Tak więc - jeżeli macie jakieś pytania typu "chcę zacząć czytać komiksy, ale nie wiem jak" - możecie do mnie pisać, z przyjemnością pomogę przynajmniej jednej zagubionej duszy! 

MUZYKA:

Jeżeli mówimy o muzyce, to raczej nie mam swojego typu (w ogóle nie lubię się muzycznie ograniczać, mam dość eklektyczny gust, który sprawia problem przy każdym pytaniu "więc, czego ty właściwie słuchasz?"). W zależności od okazji polecam różne kawałki i zespoły, ale w sumie najbliżej tytułowej kategorii są ostatnio u mnie Mumford & Sons, na punkcie których ostatnio "mam fazę".

GRY:

Jak może zauważyliście, nie piszę o grach komputerowych. Naprawdę, cała ta gałąź kultury to dla mnie kupka wstydu. Nie gram przede wszystkim dlatego, że jest to kosztowne, czasochłonne i zdecydowanie nie na mojego starego laptopa, który kilka lat temu odmówił posłuszeństwa przy Civ V (ale jako obserwator kolegów przyznam, że tego żałuję). "Z drugiej ręki", czyli wspólnej gry ze znajomymi, polecę posiadające niesamowity klimat Limbo. Tak naprawdę to dałam tę kategorię dlatego, że chciałabym poznać wasze typy dla absolutnego laika w tym temacie. 
Limbo jest creepy. Zagrajcie w to nocą.
To by było ode mnie tyle (na dziś). Mam nadzieję, że Wy podzielicie się ze mną swoimi faworytami, których moglibyście polecać na okrągło. Niewykluczone, że ktoś znajdzie w ten sposób nową ulubioną rzecz :)
Śledź