wtorek, 30 czerwca 2015

Dinozarły i cała reszta - wrażenia po "Jurassic World"

Jak pewnie wielu z Was, tak i ja w dzieciństwie przechodziłam okres fascynacji dinozaurami. Pierwszy "Jurassic Park" oglądałam wypożyczony z osiedlowej wypożyczalni VHSów (#gimbyniepamietajo, jest to coś niemalże tak prehistorycznego jak fauna mezozoiku). Książkę Michaela Chrichtona zaś wzięłam kiedyś na wakacje, co oczywiście skończyło się czytaniem w kółko, aż do znajomości niemal na pamięć. Można więc powiedzieć, że moja wyprawa do kina była nostalgia-driven i nastawiona na dinozaury. Jeżeli tego oczekujecie, to uspokajam: to właśnie otrzymacie.
Panie i panowie, rozpocznijmy więc wycieczkę.
Z cyklu TruStory. I ain't even kidding, ale to mnie bawi.

1/2. Fabuła:
W podstawowych założeniach niezwykle przypomina JP i Tupolewa katastrofy samolotowe: mnóstwo małych incydentów, które razem prowadzą do rozwałki wszystkiego.
1. Nostalgia: 
Oczywiście można iść do kin bez wcześniejszego kontaktu z serią, ale widać, że JW dużo bierze od poprzedników i do nich nawiązuje. Mniej lub bardziej subtelnych nod-offów jest tu całkiem sporo, co oczywiście dla każdego starego fana powinno stanowić frajdę. Heck, nawet na tych nowoczesnych ekranach w parku gości animowany ludzik z DNA, daleki kuzyn spinacza z Worda ^^
Ale mojego ulubionego matematyka (dzięki ci Spielbergu za zachowanie mu życia, w przeciwieństwie do książki) brak

2. Dinozaury:
Są. I to ładne. I tak, jak JP można podsumować słowami "T-Rex no, raptors no", tak teraz będzie to raczej "T-Rex yiiissss, raptors yisssss". Warto pamiętać o tym, że wszystkie to samiczki, silne postacie kobiece, she/her pronouns, bo tłumacz chyba o tym zapomniał (wtopa jak z zabawkami Hasbro, huehue), ale o seksizmie i scenariuszu to my zaraz sobie pogadamy. Nie psuję jednak humoru, te kilkanaście/dziesiąt minut ze starymi znajomymi to sama frajda.
A Indominus Rex ma chyba geny samego Gacka, bo Batman Gambit mu niestraszny :D 
3. Scenariusz i konstrukcja postaci
Musiałam (czy ktoś to już zrobił?)
Nie będę tutaj pisać szczegółowo i dokładnie o aspektach seksistowskich, o tym już się naprodukował Zwierz (nie wszystko może tak odebrałam, ale warto się zapoznać)
Nad scenariuszem pracowało czterech twórców - widać to w pojawiającym się "leniwym pisaniu". Dotyczy to nie tylko klisz w rozwiązaniach scenariuszowych, ale zwłaszcza konstrukcji postaci. Żeby opisać tak-cool-że-aż-jeżdżącego-z-raptorami Samca Alfa Chrisa Pratta, trzeba odkopać zapomniany chyba trochę (w przeciwieństwie do żeńskiego odpowiednika) termin - Gary Stu. Jego przeciwieństwem (ale nie w sensie yin-yang, tam czarne i białe pole posiadają odpowiednio białą i czarną kropkę, czego tu nie widać) jest Claire - postać tak karykaturalnie zorganizowana i zimna, jak tylko na kobietę biznesu, która "nie zdążyła zostać mamą" przystało. I tak, wszystko, co słyszeliście o popieprzaniu (pardon mój klatchiański) po dżungli w szpilkach, jest prawdą. Nie mówiąc już o tej linijce rzuconej do okularnika, oczywiście związanej z "byciem prawdziwym mężczyzną". Cóż, Śledź jednak woli dla własnego komfortu wierzyć w niefortunne sformułowanie zdań, a nie w mizoginię wśród ludzi (podobnie, jak z niedawnym coming-outem Icemana, który okazał się być bifobiczny). Morał jest prosty: jak chcecie feminizmu, to idźcie na Mad Maxa. Ale tam nie ma dinozaurów.
words of wisdom

4. Pieniądze
Nie od dziś wiadomo, że w takich Bondach lokowanie produktu stanowi nawet 1/3 budżetu. Ale tutaj mamy product placement lvl Amazing SpiderMan 2. Serio. No chyba, że to jakiś zabieg artystyczny, który ma nam pokazać, nie mówić, że stworzony na Isla Nublar park rozrywki to w istocie jedna wielka komercha.
5. Także reasumując:
Mimo tego wszystkiego, nie bawiłam się źle. Jeżeli ma to być wasz fave, to na pewno będzie to problematic fave. Ale tym pięknym, Smaugowym ślepkom raptorów nie można odmówić ;>
Śledź
PS. Jutro Inside Out! ^^

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Mad Max: Fury Road jest super - luźne przemyślenia po seansie

Nareszcie. Nareszcie zobaczyłam film, o którym było tak głośno na tumblr. (chyba według tamtejszej blogowej braci jest to Blockbuster Lata*) Dosyć późno, biorąc pod uwagę ogromną miłość Śledzia Jr. do Toma Hardy'ego. Oparłam się pokusie, związanej z tym, że ponoć 1080px jest już we internetach i pofatygowałam się do kina. Poniżej przedstawiam niekoniecznie ogarnięte refleksje, z których kiedyś Być Może™ zrobię pełnoprawną recenzję. Disclaimer: poprzednich trzech Mad Maxów nie widziałam, mam je jeszcze przed sobą.

Po pierwsze: świat przedstawiony. Dużo zyskuje na tym, że widz zostaje w jego środek wrzucony, i odkrywa reguły rządzące jego kawałkiem. Może też podziwiać małe detale, dodające charakterystcznego klimatu (takie jak na przykład używany w Cytadeli salut, naśladujący układ cylindrów w silniku V8)
Po drugie: fabuła. Wszystko, co już czytaliście jest prawdą: ten film to jeden wielki pościg. ALe za to jaki! Emocjonujący (dosłownie wciskający w krawędź fotela), bez chwili wytchnienia i skrzący się wybuchającymi samochodami (w większości jest to dzieło praktycznych efektów specjalnych). Tylko tyle i aż tyle. W porządnym wykonaniu - w sam raz na niegłupi film na lato.

Po trzecie: bohaterowie. Trudno mi się zgodzić z tym, że nie jest to historia Maxa. Choć najważniejszym elementem jest bez wątpienia ucieczka Furiosy i Żon, trudno nie docenić nieco szorstkiej relacji między dwójką głównych bohaterów (bez podtekstu romantycznego, God bless). A w ogóle - świetne jest to, jak została potraktowana niepełnosprawność Furiosy - podobnie, jak w HTTYD. Oczywiście wszystko trzyma się na świetnym aktorstwie, wygrywanym przede wszystkim oczami - trudno znaleźć mi jeden fałszywy ton. Aha, i sercem całym kupuję Hardy'ego jako PTSD Maxa.
Po czwarte: ten słynny, wkurzający fedory MRA już feministyczny przekaz, o którym się już naczytaliście. Zabawne jest w sumie to, że czytane przeze mnie recenzje koncentrują się właśnie na feminiźmie, choć jest on tu związany silnie z ekologią. W końcu nie tylko mężczyźni, ale też ich machiny zniszczyły świat. Dlatego tak ważny wydaje się być tu np obraz Dag niosącej kufer z nasionami i kiełkującymi roślinami. Aha, i warto też wspomnieć, że nie zauważyłam w filmie mizandrii - takie cytaty jak np. "who killed the world?" pokazują raczej (mowa tu o mojej interpretacji), że tacy, jak Immortan Joe już wyczerpali swoją szansę.
Po piąte: muzyka. Jest świetna. Koniec dyskusji.

Na koniec: gość z miotającą ogniem gitarą wygrywa wszystko, dziękuję, proszę się rozejść.
Także reasumując: podobało mi się, ze 3/4 moich przemyśleń po drodze umknęło, gifset tradycyjnie z tumblra, jutro idę na Jurassic World, a pojutrze na Inside Out, postaram się wszystko w miarę możliwości (i siły woli) opisywać.
Śledź
*Roboczy tytuł na określenie najbardziej gifowanej, lubianej i omawianej na tumblrze produkcji w sezonie. Patrz: 2012 - Avengers, 2013 - Pacific Rim, 2014 - GotG.

piątek, 12 czerwca 2015

Śledź pisze o komiksach - czytaj na Panteonie!

TL;DR - tytuł notki mówi wszystko.

Dłużej: jak pewnie się już zorientowaliście, lubię czytać komiksy (nawet kiedyś tam pisałam o Ms Marvel). Nie goszczą one jednak ostatnio na blogu zbyt często. Przede wszystkim dlatego, że niedawno dołączyłam do załogi portalu panteon.pl.Od tej pory planuję tam publikować komiksowe recenzje i felietony, które, rzecz jasna, będą tu podlinkowane. Hej, już są tam dwa teksty!

Locke&Key - mój redakcyjny debiut, w którym opisuję horror Joe Hilla

I tekst, w którym udowadniam, że dwa pierwsze numery Secret Wars nie są tak złe, jak na Rewolucyjny, Zmieniający Wszystko Event Marvela przystało (wręcz przeciwnie, są fajne, trójka zresztą też).
Także reasumując: zapraszam do lektury i częstego odwiedzania Panteonu!
Śledź

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Dzień Dziecka: Atlantyda

Jeżeli ktoś pamięta o istnieniu tego miejsca we internetach i zauważył, że dawno nic nie pisałam, to chciałabym go przeprosić. Jestem aż tak leniwa, że nie chciało mi się zalinkować do napisanych dla Panteonu artykułów. Strasznie mi wstyd.

Formalności i negatywy na bok, znowu zaczynam "od nowa", a ponieważ jest Dzień Dziecka i miałam rozpoczęty tekst dotyczący animacji, to podzielę się z Wami na temat obejrzanego całkiem niedawno filmu.
Jak pewnie wielu z Was, i ja dziecięciem będąc miałam swój najukochańszy kanon animacji. Rzecz jasna, były to przede wszystkim moje kasety VHS (później też płyty DVD), które mogłam oglądać aż do zdarcia. Wiele z nich nadal darzę sympatią (chociażby "Mulan", "Król Lew", czy "Shrek"), ale nie o tych animacjach będzie tu mowa. Widzicie, w ten sposób przegapiłam wiele uwielbianych współcześnie w Internecie produkcji, które nadal nadrabiam - warto tu wspomnieć chociażby o "Atlantydzie" - filmie chyba niedocenianym, a sprawiającym wiele przyjemności.
Skrót recenzji: Pani Packard/10, iść oglądać.

Jak na produkcję przygodową przystało, fabuła jest dosyć prosta i jednowątkowa - koncentruje się na poszukiwaniu tytułowej krainy. Nie ona jednak jest najważniejszą zaletą - choć oczywiście wprowadza widza w odrobinę Verne'owski nastrój, inspirując się np Podróżą do wnętrza Ziemi. Pomaga w tym umiejscowienie przygody na początku XX wieku i cudowna szata graficzna, o której jeszcze napiszę.
Trzeba też wspomnieć o bogatej galerii postaci, z Milo na czele. Jednak moim zdaniem to bohaterowie
drugoplanowi, cała reszta załogi (oprócz tych złych) bowiem łamie stereotypy na prawo i lewo, dając naprawdę dobry przykład reprezentacji w filmie animowanym (inna taka produkcja, która na szybko przychodzi mi do głowy, to Big Hero 6). Zresztą przesłanie, że tak powiem społeczne na tle różnic klasowych i przywilejów, bardzo fajnie zanalizował Misiael na Mistycyźmie Popkulturowym. Ergo: polecam, jest Edukacyjna Wartość Dodana.

Nie no, naprawdę uwielbiam teksty pani Packard (może dlatego, że kontakt z takim stosunkiem do życia lepiej się spisuje na ekranie, niż podczas czekania "do okienka" w realu), kocham Audrey, nie przeszkadza mi dokonana w polskim dubbingu zmiana włoskiego Vinny'ego na rosyjskiego Wołodię (mimo, że rosyjski akcent jako element mniej więcej komiczny a na pewno nieco zbyt częsty to coś, co bardzo, bardzo mi się przejadło w polskich wersjach językowych), strasznie lubię badassowość Kidy... mam dłużej wymieniać?
Łagodny spoiler - ale Helga to najlepsza boss ass bitch w animacji.

W dodatku wszystkie postaci są cudownie narysowane. Serio, kreska zastosowana w tej animacji to coś autentycznie niezwykłego. Między innymi dlatego, że przy filmie pracował Mike Mignola (tak, TEN). Warto zobaczyć, jaką ewolucję przeszły jego charakterystycznie kanciaste concept arty, gdy zajęli się nimi znani z bardziej "miękkiej" kreski animatorzy Disneya. Mariaż tych dwóch stylów jest niezwykły. Reszta oprawy graficznej, między innymi łódź czy krajobrazy Atlantydy, również zachwycają.

A z perspektywy czasu trochę szkoda, że "Atlantyda" została nieco zapomniana i niedoceniona. Bo myślę, że animacja jest warta wypróbowania. Jest tu chyba wszystko: przygodowa konwencja, oldschoolowe sci-fi, wyraziste postaci i kreska, piękne tła i niegłupi przekaz. W ramach Dnia Dziecka, albo każdego innego dnia, zróbcie sobie przysługę, oglądając ten film. Albo pokażcie dzieciom/rodzeństwu/kuzynom/młodszym znajomym. Mam wrażenie, że ten film ma ogromny potencjał, by przypaść do gustu niezależnie od wieku (choć jak wiadomo, starszy widz wyniesie nieco inne, ciekawe obserwacje).
Aha, i w ramach dzisiejszego święta: naprawdęnie wstydźcie się odkrywać animacji, nawet jeśli już dawno przestaliście być formalnie dziećmi :)
Śledź