środa, 25 maja 2016

Komiksowe rozczarowanie gorsze niż wszystkie inne


ŻE CO PROSZĘ?!
Odkąd wkręciłam się w komiksy superbohaterskie, nauczyłam się kilku ważnych rzeczy. I teraz doskonale wiem, żeby nie przywiązywać się do postaci i drużyn, bo prędzej czy później (zazwyczaj prędzej) oberwie się rozczarowaniem, że nie wolno ufać Wielkiej Dwójce, kiedy na horyzoncie pojawiają się Wielkie i Rewolucyjne Zmieniające Wszystko Eventy (które to stanowią świetny temat na dłuższy i złośliwy wpis), że dosyć regularnie w związku z tymi Wielkimi Eventami trzeba wprowadzić coś w ramach shock value, najlepiej niech to będzie śmierć, która, jak każde inne shock value, trochę sobie pobędzie, a wkrótce nastąpi powrót do status quo. W zasadzie bycie fanem Marvela/DC to stałe rozczarowanie i trzeba się nauczyć ignorować pewne fragmenty superbohaterskiej historii (to kto jest ojcem Quicksilvera i Scarlet Witch? Ostatni retcon wyraźnie wskazał na Magneto i nie sądzę, by komuś to się chciało zmieniać). Jak widać, mam zwiększoną tolerancję na rozczarowanie i zaniżone oczekiwania.
Ale teraz, panowie, to już przesadziliście.
Jeżeli jakimś cudem spędzacie środy pod kamieniem, nadal płaczecie po rewelacjach Rebirth (nie jestem fanbojem DC, nie mój cyrk, nie moje małpy) lub już dawno uciekliście z superbohaterskiego piekła, to przypominam: dzisiaj premierę ma pierwszy numer serii Captain America: Steve Rogers. I Internety już rozsiały wieść, że wspomniany Steve, amerykańska ikona, postać legenda PRZEZ TEN CAŁY CZAS BYŁ PODWÓJNYM AGENTEM SŁUŻĄCYM HYDRZE. TAK, DOBRZE PRZECZYTALIŚCIE, TAK, NAPISAŁAM TO WŁASNYMI RĘKOMA I STOSUNKOWO ZDROWYM UMYSŁEM. Nawet nie przepraszam za caps-lock, to chyba najlepszy środek wyrażenia w tekście pisanym emocji, które byłyby w mowie zaznaczone intonacją, znaczy się krzykiem.
Ale dlaczego jestem taka zła?
Po pierwsze i najbardziej oczywiste: to jest po prostu głupie. OK, to może trochę słaby argument, skoro już i tak siedzimy w marvelowym bagienku, a rozpoczęty ponad 70 lat temu timeline wręcz obfitował w historie i rewelacje, które łagodnie można określić „skokiem przez rekina”. Ale nawet jak na superbohaterskie standardy (wliczając Srebrną Erę) to jest GŁUPIE. I co teraz? Poczekamy kilkanaście numerów, aż się okaże, że zły Stiw jest prawujem ciotecznego kuzyna nieślubnej matki ojca Ridge’a z Mody na Sukces? Albo bardziej komiksowo: że to jest klon/Skrull/wersja z alternatywnej Ziemi/cokolwiek innego? Scenarzysta zapowiada, że nic z tych rzeczy, ale trudno, ja Marvelom nie wierzę. Superbohaterszczyzna opiera się na stałych drastycznych zmianach, które sobie pobędą, a potem wszystko wróci do status quo i Stiw będzie Stiwem (to w ogóle mógłby być ciekawy temat, o zmianach, ich przeciwieństwie i o sprzecznych żądaniach fanów, ale…)
Po drugie: bądźmy szczerzy, Cap zawsze był alegorią, ucieleśnieniem amerykańskich wartości (cokolwiek toto nie jest, a jak widać po komiksach i MCU, wartości te się zmieniają), i za Grantem Morrisonem można by argumentować, że z innymi ikonami komiksu odgrywa dla nas taką rolę, jak dla starożytnych ich panteony i rozbudowane mitologie. I teraz wszystko to idzie do kosza kosztem taniego shock value, sprowadzającego się do „see what comes next in our $5 priced issues” i "in your face DC, trzech Jokerów to żaden nius, my potrafimy zabrać wam czas ekranowy i uwagę ludzi". Bo mi trudno zobaczyć głęboką reinterpretację i próbę nadgonienia zeitgeistu, nadal widzę ordynarny cash grab. Tym bardziej ordynarny, że twórcami Kapitana byli Joe Simon i Jack Kirby (urodzony notabene jako Jacob Kurtzberg), synowie żydowskich imigrantów. I teraz wymyślona przez nich postać okazała się być związana z organizacją o nazistowskich* korzeniach, która nadal zachowuje faszyzującą ideologię? To jest po prostu niesmaczny i niezwykle wręcz niestosowny dowcip (nadal jednak mam osobiste opory przed krzyczeniem o niezwykłym i rzecz jasna zamierzonym antysemityzmie, w przeciwieństwie do tumblra). I to wszystko prawdopodobnie po to, by zarobić więcej pieniądza na pięciodolarowych zeszytach (i przebić DC w kategorii rewelacja tygodnia). Jakby co, to ja się z tego biznesu wypisuję, nawet nie chce mi się już tego zeszytu w całości piracić. Eughhhhhhhh. 
Naprawdę, brak mi słów i inwencji, żeby złożyć tu jakieś konstruktywne podsumowanie. Bo to nie jest po prostu kolejne rozczarowanie w stylu „retcon Maximoff family”, to jest w moim odczuciu największy błąd Marvela od kilku ładnych lat.
Śledź
PS. Może kiedyś wyrażę swoją opinię na temat #GiveCaptainAmericaABoyfriend i Polskiego Fandomu, który jest jaki jest, ale żeby na szybko połączyć obie sprawy wrzucę tu tylko cytat z dyskusji na PiMie: „ludzie mają ból dupy o to, że filmowy steve jest bi, a nie o to, że komiksowy okazał się naziolem?”, i niech to będzie kompleksowy komentarz, pod którym i ja się podpiszę całym sercem.
PPS. Jeśli doszczętnie straciliście wiarę w Marvela, to powiem tylko, że dzisiejsza Ms Marvel (nawet mimo wielkiego CIVIL WAR II na okładce) jest taaaka dobra <3 Mockingbird zresztą też.

*okej, apparently Hydra wywodzi się już ze starożytnego Egiptu, ale mówię tu o Hydrze Barona von Struckera i MCU Hydrze, którą każdy kojarzy.