środa, 25 maja 2016

Komiksowe rozczarowanie gorsze niż wszystkie inne


ŻE CO PROSZĘ?!
Odkąd wkręciłam się w komiksy superbohaterskie, nauczyłam się kilku ważnych rzeczy. I teraz doskonale wiem, żeby nie przywiązywać się do postaci i drużyn, bo prędzej czy później (zazwyczaj prędzej) oberwie się rozczarowaniem, że nie wolno ufać Wielkiej Dwójce, kiedy na horyzoncie pojawiają się Wielkie i Rewolucyjne Zmieniające Wszystko Eventy (które to stanowią świetny temat na dłuższy i złośliwy wpis), że dosyć regularnie w związku z tymi Wielkimi Eventami trzeba wprowadzić coś w ramach shock value, najlepiej niech to będzie śmierć, która, jak każde inne shock value, trochę sobie pobędzie, a wkrótce nastąpi powrót do status quo. W zasadzie bycie fanem Marvela/DC to stałe rozczarowanie i trzeba się nauczyć ignorować pewne fragmenty superbohaterskiej historii (to kto jest ojcem Quicksilvera i Scarlet Witch? Ostatni retcon wyraźnie wskazał na Magneto i nie sądzę, by komuś to się chciało zmieniać). Jak widać, mam zwiększoną tolerancję na rozczarowanie i zaniżone oczekiwania.
Ale teraz, panowie, to już przesadziliście.
Jeżeli jakimś cudem spędzacie środy pod kamieniem, nadal płaczecie po rewelacjach Rebirth (nie jestem fanbojem DC, nie mój cyrk, nie moje małpy) lub już dawno uciekliście z superbohaterskiego piekła, to przypominam: dzisiaj premierę ma pierwszy numer serii Captain America: Steve Rogers. I Internety już rozsiały wieść, że wspomniany Steve, amerykańska ikona, postać legenda PRZEZ TEN CAŁY CZAS BYŁ PODWÓJNYM AGENTEM SŁUŻĄCYM HYDRZE. TAK, DOBRZE PRZECZYTALIŚCIE, TAK, NAPISAŁAM TO WŁASNYMI RĘKOMA I STOSUNKOWO ZDROWYM UMYSŁEM. Nawet nie przepraszam za caps-lock, to chyba najlepszy środek wyrażenia w tekście pisanym emocji, które byłyby w mowie zaznaczone intonacją, znaczy się krzykiem.
Ale dlaczego jestem taka zła?
Po pierwsze i najbardziej oczywiste: to jest po prostu głupie. OK, to może trochę słaby argument, skoro już i tak siedzimy w marvelowym bagienku, a rozpoczęty ponad 70 lat temu timeline wręcz obfitował w historie i rewelacje, które łagodnie można określić „skokiem przez rekina”. Ale nawet jak na superbohaterskie standardy (wliczając Srebrną Erę) to jest GŁUPIE. I co teraz? Poczekamy kilkanaście numerów, aż się okaże, że zły Stiw jest prawujem ciotecznego kuzyna nieślubnej matki ojca Ridge’a z Mody na Sukces? Albo bardziej komiksowo: że to jest klon/Skrull/wersja z alternatywnej Ziemi/cokolwiek innego? Scenarzysta zapowiada, że nic z tych rzeczy, ale trudno, ja Marvelom nie wierzę. Superbohaterszczyzna opiera się na stałych drastycznych zmianach, które sobie pobędą, a potem wszystko wróci do status quo i Stiw będzie Stiwem (to w ogóle mógłby być ciekawy temat, o zmianach, ich przeciwieństwie i o sprzecznych żądaniach fanów, ale…)
Po drugie: bądźmy szczerzy, Cap zawsze był alegorią, ucieleśnieniem amerykańskich wartości (cokolwiek toto nie jest, a jak widać po komiksach i MCU, wartości te się zmieniają), i za Grantem Morrisonem można by argumentować, że z innymi ikonami komiksu odgrywa dla nas taką rolę, jak dla starożytnych ich panteony i rozbudowane mitologie. I teraz wszystko to idzie do kosza kosztem taniego shock value, sprowadzającego się do „see what comes next in our $5 priced issues” i "in your face DC, trzech Jokerów to żaden nius, my potrafimy zabrać wam czas ekranowy i uwagę ludzi". Bo mi trudno zobaczyć głęboką reinterpretację i próbę nadgonienia zeitgeistu, nadal widzę ordynarny cash grab. Tym bardziej ordynarny, że twórcami Kapitana byli Joe Simon i Jack Kirby (urodzony notabene jako Jacob Kurtzberg), synowie żydowskich imigrantów. I teraz wymyślona przez nich postać okazała się być związana z organizacją o nazistowskich* korzeniach, która nadal zachowuje faszyzującą ideologię? To jest po prostu niesmaczny i niezwykle wręcz niestosowny dowcip (nadal jednak mam osobiste opory przed krzyczeniem o niezwykłym i rzecz jasna zamierzonym antysemityzmie, w przeciwieństwie do tumblra). I to wszystko prawdopodobnie po to, by zarobić więcej pieniądza na pięciodolarowych zeszytach (i przebić DC w kategorii rewelacja tygodnia). Jakby co, to ja się z tego biznesu wypisuję, nawet nie chce mi się już tego zeszytu w całości piracić. Eughhhhhhhh. 
Naprawdę, brak mi słów i inwencji, żeby złożyć tu jakieś konstruktywne podsumowanie. Bo to nie jest po prostu kolejne rozczarowanie w stylu „retcon Maximoff family”, to jest w moim odczuciu największy błąd Marvela od kilku ładnych lat.
Śledź
PS. Może kiedyś wyrażę swoją opinię na temat #GiveCaptainAmericaABoyfriend i Polskiego Fandomu, który jest jaki jest, ale żeby na szybko połączyć obie sprawy wrzucę tu tylko cytat z dyskusji na PiMie: „ludzie mają ból dupy o to, że filmowy steve jest bi, a nie o to, że komiksowy okazał się naziolem?”, i niech to będzie kompleksowy komentarz, pod którym i ja się podpiszę całym sercem.
PPS. Jeśli doszczętnie straciliście wiarę w Marvela, to powiem tylko, że dzisiejsza Ms Marvel (nawet mimo wielkiego CIVIL WAR II na okładce) jest taaaka dobra <3 Mockingbird zresztą też.

*okej, apparently Hydra wywodzi się już ze starożytnego Egiptu, ale mówię tu o Hydrze Barona von Struckera i MCU Hydrze, którą każdy kojarzy.

poniedziałek, 7 marca 2016

Deadpool - recenzja

Śmieszna sprawa z tym Deadpoolem - doskonale pamiętam te czasy, kiedy fani Najemnika z Niewyparzoną Gębą widzieli godną ekranizację tylko w najbardziej odrealnionych marzeniach, wspominam też moment na krótko przed SDCC Anno Domini 2014, kiedy to w internecie pojawiały się pogłoski o trailerze, oraz ten moment, kiedy to test footage będący spełnieniem wszystkich marzeń wypłynął - i dał zielone światło dla całej produkcji, którą możemy obecnie oglądać. Jak więc wyszło?

Powiem tak: dokładnie wiedziałam, na co się piszę, więc i nie wyszłam z kina rozczarowana. Po prawdzie to nawet nie oczekiwałam jakiejkolwiek fabuły - wystarczyłby mi półtoragodzinny monolog Deadpoola mówiony wprost do kamery. Jednak film wrzuca naszego bohatera w historię: ta rozgrywająca się w retrospekcjach to kolejna wariacja na temat origin story, ta dziejąca się współcześnie zaś jest podejściem do schematu (rape and) revenge. W związku z tym Deadpool pozbawiony jest szokujących zwrotów fabuły - ta niedogodność jest jednak przysłoniona Deadpoolową konwencją i kreacją głównego bohatera.
Już z samych napisów początkowych (które być może przebijają te z GotG) wylewa się mnóstwo easter-eggów (kubeczek Roba L.! Karty z Green Laterns!) i właściwego prostagoniście humoru. Muszę przyznać, że choć nie są to dowcipy mego ulubionego sortu, to tutaj mnie kupiły - przecież świetnie pasują do naszego bohatera. Który to sam w sobie jest kolejnym atutem filmu.

Doskonale bowiem się stało, że Fox pozwolił "na uboczu" stworzyć film zrealizowany przez zapaleńców. Ryan Reynolds nie musiał grać - ten człowiek jest Deadpoolem i świetnie się odnajduje zarówno pod czerwoną maską, jak i bez niej. Jego Wade wyskoczył ze stron komiksu, a kiedy nie sypie żartami jak z rękawa ani nie przerabia kogoś na szaszłyki, podobnie jak pierwowzór ukazuje bardziej melancholijną twarz - ten człowiek przecież miał traumatyczne dzieciństwo, jest wiecznie spłukany, cierpi na chroniczny ból i Bóg wie co jeszcze.

Inne postaci są zdecydowanie mniej zarysowane. Mało wiemy o dziewczynie Wade'a - Vanessie, ale z tych strzępków i gry Moreny Baccarin wychodzi naprawdę sympatyczna postać, która zasługuje na więcej czasu ekranowego w sequelu (a może, idąc komiksowym tropem, okaże się ona mutantem? Nie narzekałabym). Podobnie jest z Negasonic Teenage Warhead. Mutantka pojawiająca się dosłownie na sekundkę w New X-Men Granta Morrisona może tutaj nieco bardziej zabłyszczeć. I to nawet nie dzięki zmienionym mocom - nasza "humorzasta nastolatka" jest przeurocza w swojej roli (muszę się też tu zachwycić jej kostiumem - nareszcie żółty spandeks, który idealnie łączy styl uniformów z First Class i komiksowych strojów New Mutants). Filmowy Colossus zaś nareszcie zyskuje jakiś charakter - nawet, jeśli jest to satyra na stereotypowe pojmowanie superbohatera (zwłaszcza Supermana i Capa). Znacznie bladziej wypadają tu źli, ale już nie będę się pastwić nad Typowym Brytyjskim Villainem.

Co jeszcze moge pochwalić? Na pewno wybór utworów. Co prawda w mojej opinii składanka z GotG jest lepsza, ale i w Deadpoolu dobór muzyki nie szwankuje (wykorzystanie kawałka George'a Michaela rządzi - od teraz saksofonowe solo nie będzie kojarzyć mi się wyłącznie z crackvidami). A przydzielona R-ka jest wykorzystana idealnie - krwi i wulgarności jest tu w sam raz.* Aha, i jeszcze kampania promocyjna - ósmy cud świata!

Reasumując: w sumie to nie mogę powiedzieć wam, żebyście biegli na ten film - w końcu jeśli wiecie o kim mowa, na pewno już byliście w kinie co najmniej raz. Ostatecznie jest to film, który może i nie jest majstersztykiem X Muzy, ale stanowi naprawdę dobrą adaptację materiału źródłowego, wnosi powiew świeżości do łapiącego zadyszkę nurtu superhero i daje dobrą zabawę tym, którzy jej oczekują. A przecież o to chodzi, nie?
Śledź
*Małym WTF-em stał się dla mnie wysyp informacji o kolejnych produkcjach z R-ką, brzmiący tak, jakby producenci nie zrozumieli sukcesu filmu. Nie chcemy przecież niekończących się krwawych jatek - chcemy świeżych filmów, które wnoszą coś nowego. A brutalność wkrótce może stać się przeciwieństwem komiksowej świeżości.

środa, 3 lutego 2016

Słówko o zeszytach komiksowych

Na jednej z polskich facebookowych grup pojawiło się powracające (podobno) pytanie o zeszytówki w naszym kraju. Dyskusja wyszła całkiem ciekawa, a teraz chciałabym tutaj wrzucić przemyślenia nieco bardziej kompleksowe i koherentne niż te kilka komentarzy z fejsa (choć nie wnoszące nic szczególnie nowego). Bo i sama sytuacja jest całkiem ciekawa i złożona.
Wpis będzie ilustrowany zdjęciami mojej kolekcji. Tutaj główny bohater tekstu: zeszyt komiksowy, sztuk 1

Mówi się, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A mój punkt siedzenia jest nieco inny niż większości wypowiadających się w wątku komiksiarzy. Większość z nich bowiem odnosi się wtedy do wspomnień związanych z kupowaniem w dzieciństwie TM-Semików w pobliskim kiosku. Kiedy ja zaś mówię o zeszytówkach, myślę o komiksowych blogerach z Tumblra, którzy co środę mogą pójść do LCS (Local Comics Store), pogadać ze sprzedawcami i jeszcze wrzucić w Internety selfie z nowymi zdobyczami. Albo o tym, jak to działa na przykład we Francji (który to przypadek jeszcze opiszę). Nie pamiętam bowiem legendarnych Semików (ale pamiętam czarodziejki WITCH - to już inna sprawa i krótka retrospekcja podstawówkowa), Dobrego Komiksu czy Mandragory, choć w różnych okolicznościach zdobyłam trochę komiksów z tych wydawnictw.
Przykład tańszych Fables i droższego Zrozumieć Komiks

Nasz mały ryneczek komiksowy ma się coraz lepiej, choć nadal jest on... specyficzny. W sytuacji, w której dominują drogie, ale ładnie wyglądające na półce hardcovery, wiele osób mówi o swoistym kupowaniu w ciemno (i planowaniu wydatków - zwłaszcza, gdy oferta staje się coraz ciekawsza). Jednocześnie taka sytuacja nie pomaga w pokonaniu swoistego 'elityzmu' i upowszechnieniu naszego hobby (a tego przecież chcemy, prawda?). Ale zaraz, przecież dzieje się, i to w obiecującym kierunku: Egmont wydaje Marvel!NOW w miękkich okładkach (i cenie 40zł za tom, w internetowych dyskontach nawet 25 - podobnie jest z wznowionym niedawno Fables), a w kioskach można zaopatrzyć się w pozycje z Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela (40zł za bardzo ładne albumowe wydanie, mogące mieć nawet 250 stron) i Star Warsów. I właśnie chyba to jest najbliższe 'zeszytowemu snowi' - płacisz 20zł za 150 stron relatywnie nowego komiksu, wydanego niczym zeszytówki na cienkim papierze, z reklamami i delikatną okładką. W dodatku ze znanego i lubianego uniwersum. Naprawdę blisko spełnionych marzeń, ale nadal same Star Warsy to mało.
Znowu kontrast pod względem kosztów (i jakości wydania). Element wspólny to Kieron Gillen (fangirl mode on)

Co jednak z tymi hipotetycznymi zeszytówkami? Większość dyskutujących mówiła o proponowanych cenach ~10 złotych i wskazywała na grupę docelową szeroko pojętych 'małolatów' - co by w sumie miało sens w kontekście popularyzacji komiksu. Jednocześnie trzeba zadać też pytanie: czy taka impreza by się w ogóle opłacała? Historia Mandragory czy Dobrego Komiksu nie napawa optymizmem, ale wiadomo, że czasy się zmieniły, a dzięki filmom superhero coraz więcej casuali próbuje się zainteresować tematem.
Może więc warto zobaczyć, jak to robią we Francji? Największe marki, takie jak Batman, X-Men czy Avengers, mają tam swoje miesięczniki, zawierające ~5 relatywnie nowych zeszytów z różnych serii (na ten przykład w moim numerze z mutantami mam 2 odcinki All-New, 2 Amazing i jeden Uncanny) za 5 euro. Idealny deal i świetny model do sprowadzenia! - zakrzyknęłabym, gdyby nie to, że New52 jest obsadzone przez drogie hardcovery (niby mnie nie obchodzą, ale już płaczę na myśl o zapowiedziach Harley Quinn), a Marvel!NOW przez te 'dostępne' (oczywiście nie w kiosku, ale coraz popularniejsze wśród fanów filmów) softcovery. 
Opisywane X-Men - voila!

Ergo: raczej nie zobaczymy w kiosku osobnej ściany, na której wiszą komiksy różne, różniste, a przystępne i dla die-hard fana, i dla casuala. Na razie możemy kibicować chyba tylko inicjatywom takim jak ten Marvel!NOW (i Fables) czy Star Wars, jeśli mowa o tanim komiksie dla nie-nerdowskich mas. Jeśli jednak uważacie, że w zeszytówkach nadzieja, to widzę światełko w tunelu: już mamy Fight Club (16,80 za 28 stron w kolorze), a w październiku Marvel zapowiedział serię International Iron Man, która ma być wydawana jednocześnie w ponad 20 krajach, w tym naszym (Marvel Wikia podaje datę premiery na 16 marca). Czy te inicjatywy rozruszają rynek komiksowy? Czas pokaże.

PS. Tu napisałabym coś o barierze językowej - oryginały przecież są dostępne przez Atoma, Multiversum, a cyfrowo przez Comixology, a ja problemów z angielskim nie mam. Warto jednak dopisać, że ta bariera na pewno jest, jeśli mówimy o 'małolatach' (wśród których przecież mamy komiks popularyzować), a nawet mimo dyplomu poświadczającego zaawansowany poziom języka rosnącego kursu dolara nie przeskoczysz. Sorry, ale taki mamy klimat - za 20 stron komiksu za 4USD i jeszcze reklamy do tego możesz sobie odliczyć z 16 złotych (pomijając dostawę :] )

piątek, 9 października 2015

Wyzwanie czytelnicze - Young Avengers vol. 1

DISCLAIMER: notka (w czwartym akapicie) zawiera mniejsze lub większe spoilery (dotyczące wątków queer w omawianym komiksie).

Powinnam się już była nauczyć, że robienie planów mi nie wychodzi, zwłaszcza jeśli chodzi o pisanie. Zaskakująco sporo rzeczy po drodze mi wypadło i ambitne plany powrotu do regularności szlag trafiał. Szczęśliwie jednak z powrotem nabrałam motywacji, a wszystko to przez organizowane przez Rusty wyzwanie czytelnicze. I tak się jakoś zdarzyło, że wpadłam na kilka pomysłów na teksty o komiksach. Może wpadnie mi do głowy warta opisania pozycja z innego medium, ale samych komiksów powinno mi starczyć na trochę czasu. Zacznę więc od opisania jedynego tytułu, za który Marvel zyskał nagrodę GLAAD - mam tu na myśli Young Avengers Vol 1 i Vol 2 - oboma runami zajmę się w osobnych tekstach.

Jak więc zacząć czytać YA? To z pozoru proste pytanie okazuje się być nieco bardziej skomplikowane - mówimy w końcu o komiksie superbohaterskim. Spróbuję jednak być zwięzła - opcja podstawowa (rekomendowana przeze mnie) to YA: Vol 1 (12 zeszytów), Avengers: The Children's Crusade (9 zeszytów) i YA: Vol 2 (15 zeszytów). Droga na skróty to przeczytanie tylko Vol 2, które powstało w ramach inicjatywy Marvel!NOW, mającej pozwolić nowicjuszom na bezproblemowe wejście w świat komiksów wydawnictwa i na rozpoczęcie przez twórców zupełnie nowych wątków. W wypadku YA lepiej jednak znać wyżej wymienione pozycje, ich konsekwencje bowiem mocno wpływają na skład drużyny i na samych bohaterów. Vol 1 zaś trzeba czytać w kontekście komiksowych wydarzeń z tamtego okresu, takich jak Avengers Disassembled Bendisa. 
Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo - ten tekst powinien jednak Wam pomóc w rozeznaniu się.
Aha, i jeżeli wolicie czytać po polsku - żadna z omawianych historii nie została u nas wydana, są jednak spore szanse, że w ramach WKKM gdzieś w lutym ukaże się Children's Crusade - niezły w sumie punkt wyjścia dla osób planujących zacząć czytać YA.

Przejdę jednak do rzeczy i omówię teraz Vol 1 - run Heinberga i Cheunga. Stanowi on origin story dla tytułowej drużyny - pokazuje, w jakich okolicznościach grupka nastoletnich fanów z supermocami (i bez) postanowiła wspólnie zwalczać zło na ulicach Nowego Jorku. Komiks żongluje też stale motywami sidekick/legacy character - zwłaszcza tym pierwszym. Wydawać by się mogło, że koncept ten jest zbyt staromodny, by wpasować się we współczesne uniwersum Marvela, ale zabawa tropami sprawia, że nie wypada to źle, a nawet jest całkiem interesujące. I oczywiście jest tu problem typowy dla nieletnich herosów - jak zwalczać zło, kiedy Kapitan Ameryka grozi, że o wszystkim dowiedzą się rodzice? Aha, i jeszcze pojawia się inny wałkowany na okrągło w Domu Pomysłów temat - podróże w czasie (błogosławieni fani filmów, którzy tylko z Days of Future Past mieli do czynienia). Tak czy siak, osobiście darzę ten komiks sympatią - kiedy powstawał, zmiany w pisaniu komiksów dopiero powoli przychodziły do the Industry. YA można poniekąd uznać za ich pioniera, który nieco się zestarzał, ale nadal się może obronić jako niezła lektura. Również kreska mnie nie zawiodła - Jim Cheung używa delikatnych i ładnie cieniowanych linii, które dają przyjemny, całkiem realistyczny efekt. Zyskuje to jeszcze dzięki żywym kolorom.

A dlaczego postanowiłam go uwzględnić w wyzwaniu czytelniczym? Kiedy w 2005 seria ta miała swoją premierę, Allanowi Heinbergowi udało się wywołać niemałe kontrowersje. Planował* on bowiem sparować na kartach komiksu dwójkę nastoletnich superbohaterów (Hulklinga i Asgardiana), wcześniej subtelnie to sugerując. W pierwszych kilku zeszytach jednak okazało się, że sugestie nie są aż tak... subtelne - fani wszystkiego się domyślili i rzecz jasna zapanowała wrzawa. Znalazły się głosy chwalące decyzję twórców (posiadanie w drużynie dwóch wyoutowanych członków, których orientacja nie jest najważniejsza w komiksie), ale sporo też było osób krzyczących o demoralizacji młodzieży (skąd my to znamy?). Jeżeli będziecie mieć okazję przeczytać YA w wydaniach zeszytowych z kolumną listów, koniecznie ją przejrzyjcie - z perspektywy czasu jest to całkiem ciekawe doświadczenie. Tak czy siak, w zeszycie #7 następuje najlepszy bodajże coming-out w dziejach, a potem sprawy się toczą swoim rytmem - MGH, knflikt Kree i Skrulli, nowy członek drużyny - czyli dzień jak co dzień na Ziemi 616. Związek Hulklinga i Wiccana/Asgardiana nadal gdzieś tam jest, ale tak jak wcześniej nie jest ani szczególnie ważny dla fabuły, ani nie jest w jakikolwiek inny sposób podkreślony - Heinberg woli się skupić tu na charakterach (i mocach) postaci (TV Tropes na stronie poświęconej YA wymienia tropy But Not Too Gay i Straight Gay). Oczywiście sposób portretowania wspomnianej relacji zmienia się podczas Children's Crusade i YA vol 2. Jednak to są tematy na zupełnie inne teksty (o vol2 napiszę w ramach wyzwania, a Children's Crusade odświeżę sobie, jak wyjdzie po polsku).

Reasumując: jeżeli lubicie komiksy superbohaterskie, tematykę young adult, reprezentację i zdywersyfikowane postaci lub podróże w czasie, z pewnością powinniście zacząć czytać Young Avengers. Jest to fajna historia z ciekawymi bohaterami, dowcipnymi, acz realistycznymi dialogami i ładną oprawą graficzną. Kiedy już skończycie, możecie (ale nie musicie) zabrać się za YA Presents (eventowe tie-iny odradzam), a potem na pewno powinniście przeczytać Children's Crusade, żeby zakończyć lekturę przy vol2. Tak czy siak, polecam i mam nadzieję, że mój tekst rozjaśnił wam sytuację i zachęcił do sięgnięcia po komiks - taki był w końcu jego cel.

*podaję tu wersję uproszczoną; jak wiedzą fani, pierwotnie story arc Hulklinga miał poruszać aspekty związane z genderfluidity i poszukiwaniem tożsamości płciowej - trochę jak w Runaways, o których na pewno tu napiszę. Edytor zaproponował jednak wycięcie tych "komplikacji" i w rezultacie kanon jest, jaki jest.

środa, 9 września 2015

The Wicked + The Divine 14

Zaczął się wrzesień, miesiąc będący dla mnie czasem zmian i nowego początku nawet bardziej niż styczeń. A to oznacza powrót do roboty, w tym rzecz jasna bardziej regularnego pisania. Chciałabym ożywić blog cotygodniowymi tekstami (głównie o książkach i filmach) w weekend i tekstami o nowych komiksach w środę tak szybko jak się zbiorę (czwartek/piątek). Być może na tych planach straci długość notek, ale mi tam to nie przeszkadza. Tyle słowem wstępu, pora na meritum.
WicDiv to dzieło genialne i będę bronić tego stwierdzenia. Jeżeli nie wiecie, o co chodzi i po raz pierwszy słyszycie ten długaśny tytuł lub skrót, to śpieszę z pomocą: moja króciutka recenzja ukazała się właśnie w nowym numerze W Ogóle. Jeśli zaś wolicie zapoznać się z przemyśleniami dotyczącymi #14 (i najnowszego story arcu), zapraszam niżej. Bezspoilerowo, nie licząc wspomnienia o tym, jaką formę przybiera komiks.

Już #8 zeszyt pokazał, że Kieron Gillen świetnie czuje i wykorzystuje medium komiksu, a #14 to tylko ugruntowała. Chapeau bas. Serio, mimo że na rynku jest sporo dobrych/świetnych/pięknych/mądrych/ciekawych komiksów, to rzadko kiedy zdarza się coś, co robiłoby genialne rzeczy z komiksem jako medium (ostatnio był to RE-WE-LA-CYJ-NY Hawkeye by Fraction/Aja/Wu, z jeszcze lepszym finałem). W #14 dochodzi to tego intrygujący koncept (I swear, nigdy się z tym nie spotkałam*), mianowicie [lekkie SPOILERY dotyczące natury odcinka] mamy do czynienia z komiksem, w którym warstwa graficzna jest w całości remiksem poprzednich zeszytów (i Sex Criminals wspomnianego już Fractiona), pokazującym świat przedstawiony z perspektywy głównego bohatera.
I niech oni już dadzą wszystkie możliwe Eisnery Matthew Wilsonowi, bo mu się należą. SERIO. #8 i #14 przede wszystkim to jego opus magnum, amen. Zresztą porównanie kolorów w komiksie do soundtracku w filmie brzmi tym bardziej dosłownie (ciekawie?) w kontekście "remiksu".
A co do protagonisty miesiąca: ugh. Woden przestał być tylko fedora guy'em Panteonu - zyskał dodatkowe wymiary jako postać. I wierzcie mi, to naprawdę nie było przyjemne. Bywało wręcz obrzydliwe, choć oczywiście inaczej, niż na przykład splash z tweetami z #13. Co jest jeszcze ciekawsze w kontekście Ananke - postaci, która już sporo namieszała, i widocznie nie przestaje.
Jak zaś obiecywał Kieron Gillen, istotnie dostaliśmy mnóstwo wyjaśnień. Ale żeby było wesoło przez jeszcze co najmniej miesiąc, równie sporo (a może nawet więcej) niedomówień i tajemnic. #TypowyWicDiv/kierongillen_liked_this.jpg
No i oczywiście kontynuowana jest zapoczątkowana na porządnie w #13 krytyka społeczna (i bardzo dobrze). I choć osobiście uważam, że #12 była nieco słabsza, to jak na razie story arc "Commercial Suicide" prezentuje wysoki poziom, który do grudnia może kilkukrotnie przebić jeszcze "Faust Act" i "Fandemonium" razem wzięte.
Aha, zapomniałam napisać, że i liternictwo spisuje się świetnie. Ujęła mnie przede wszystkim chyba scena z wykorzystaniem Impacta (lub podobnego fontu).

No i to by było chyba na tyle w ramach mojego zeszytu tygodnia (może napiszę coś jeszcze o nowym Phonogramie, lub innej premierze). Ogólnie rzecz biorąc, czytajcie. A jak zechcecie porozmawiać, to gorąco zapraszam niżej do sekcji komentarzy, polskiej grupy, lub na tag na tumblrze. Wszędzie Wam odpiszę.
Śledź
*ale jeżeli wy to już gdzieś widzieliście, piszcie, proszę.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Śledź robi hiatus

I wszystko jasne. Urlopuję i nie chcę obiecywać gruszek na wierzbie i innych cudów. Będę szczera, nawet niezbyt mi się chce cokolwiek o comic-conie pisać (no ale Deadpool to mnie kupił). Prędzej czy później wrócę do radosnej twórczości własnej. Wkrótce powinna się też ukazać moja recenzja na Panteonie. Czego? Zobaczycie.
Śledź

wtorek, 30 czerwca 2015

Dinozarły i cała reszta - wrażenia po "Jurassic World"

Jak pewnie wielu z Was, tak i ja w dzieciństwie przechodziłam okres fascynacji dinozaurami. Pierwszy "Jurassic Park" oglądałam wypożyczony z osiedlowej wypożyczalni VHSów (#gimbyniepamietajo, jest to coś niemalże tak prehistorycznego jak fauna mezozoiku). Książkę Michaela Chrichtona zaś wzięłam kiedyś na wakacje, co oczywiście skończyło się czytaniem w kółko, aż do znajomości niemal na pamięć. Można więc powiedzieć, że moja wyprawa do kina była nostalgia-driven i nastawiona na dinozaury. Jeżeli tego oczekujecie, to uspokajam: to właśnie otrzymacie.
Panie i panowie, rozpocznijmy więc wycieczkę.
Z cyklu TruStory. I ain't even kidding, ale to mnie bawi.

1/2. Fabuła:
W podstawowych założeniach niezwykle przypomina JP i Tupolewa katastrofy samolotowe: mnóstwo małych incydentów, które razem prowadzą do rozwałki wszystkiego.
1. Nostalgia: 
Oczywiście można iść do kin bez wcześniejszego kontaktu z serią, ale widać, że JW dużo bierze od poprzedników i do nich nawiązuje. Mniej lub bardziej subtelnych nod-offów jest tu całkiem sporo, co oczywiście dla każdego starego fana powinno stanowić frajdę. Heck, nawet na tych nowoczesnych ekranach w parku gości animowany ludzik z DNA, daleki kuzyn spinacza z Worda ^^
Ale mojego ulubionego matematyka (dzięki ci Spielbergu za zachowanie mu życia, w przeciwieństwie do książki) brak

2. Dinozaury:
Są. I to ładne. I tak, jak JP można podsumować słowami "T-Rex no, raptors no", tak teraz będzie to raczej "T-Rex yiiissss, raptors yisssss". Warto pamiętać o tym, że wszystkie to samiczki, silne postacie kobiece, she/her pronouns, bo tłumacz chyba o tym zapomniał (wtopa jak z zabawkami Hasbro, huehue), ale o seksizmie i scenariuszu to my zaraz sobie pogadamy. Nie psuję jednak humoru, te kilkanaście/dziesiąt minut ze starymi znajomymi to sama frajda.
A Indominus Rex ma chyba geny samego Gacka, bo Batman Gambit mu niestraszny :D 
3. Scenariusz i konstrukcja postaci
Musiałam (czy ktoś to już zrobił?)
Nie będę tutaj pisać szczegółowo i dokładnie o aspektach seksistowskich, o tym już się naprodukował Zwierz (nie wszystko może tak odebrałam, ale warto się zapoznać)
Nad scenariuszem pracowało czterech twórców - widać to w pojawiającym się "leniwym pisaniu". Dotyczy to nie tylko klisz w rozwiązaniach scenariuszowych, ale zwłaszcza konstrukcji postaci. Żeby opisać tak-cool-że-aż-jeżdżącego-z-raptorami Samca Alfa Chrisa Pratta, trzeba odkopać zapomniany chyba trochę (w przeciwieństwie do żeńskiego odpowiednika) termin - Gary Stu. Jego przeciwieństwem (ale nie w sensie yin-yang, tam czarne i białe pole posiadają odpowiednio białą i czarną kropkę, czego tu nie widać) jest Claire - postać tak karykaturalnie zorganizowana i zimna, jak tylko na kobietę biznesu, która "nie zdążyła zostać mamą" przystało. I tak, wszystko, co słyszeliście o popieprzaniu (pardon mój klatchiański) po dżungli w szpilkach, jest prawdą. Nie mówiąc już o tej linijce rzuconej do okularnika, oczywiście związanej z "byciem prawdziwym mężczyzną". Cóż, Śledź jednak woli dla własnego komfortu wierzyć w niefortunne sformułowanie zdań, a nie w mizoginię wśród ludzi (podobnie, jak z niedawnym coming-outem Icemana, który okazał się być bifobiczny). Morał jest prosty: jak chcecie feminizmu, to idźcie na Mad Maxa. Ale tam nie ma dinozaurów.
words of wisdom

4. Pieniądze
Nie od dziś wiadomo, że w takich Bondach lokowanie produktu stanowi nawet 1/3 budżetu. Ale tutaj mamy product placement lvl Amazing SpiderMan 2. Serio. No chyba, że to jakiś zabieg artystyczny, który ma nam pokazać, nie mówić, że stworzony na Isla Nublar park rozrywki to w istocie jedna wielka komercha.
5. Także reasumując:
Mimo tego wszystkiego, nie bawiłam się źle. Jeżeli ma to być wasz fave, to na pewno będzie to problematic fave. Ale tym pięknym, Smaugowym ślepkom raptorów nie można odmówić ;>
Śledź
PS. Jutro Inside Out! ^^