piątek, 20 marca 2015

Błękitne Cornetto, czyli recenzja Hot Fuzz

Jakiś czas temu polecałam na blogu "Scott Pilgrim vs the World". Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Edgara Wrighta. Twórczością specyficzną, ale trafiającą wprost do mojego nerdowskiego serduszka. Potem (dzięki telewizji) udało mi się zapoznać z "The World's End", które sprawiło, że zaczęłam szukać dwóch poprzednich części Trylogii Cornetto. Polowanie na DVD z polską wersją językową "Hot Fuzz" zakończyło się sukcesem, a niedawno udało mi się obejrzeć film. I wiecie co?
IT. 
WAS. 
AWESOME.

Zacznijmy jednak tę recenzję "po bożemu", czyli od przedstawienia fabuły. Głównym bohaterem jest londyński policjant Nicholas Angel (Simon Pegg, również współscenarzysta filmu). Angel to supergliniarz - poświęca się swojej pracy całkowicie i osiąga wyniki znacznie przekraczające średnią (think Sam Vimes). Nic dziwnego więc, że przełożeni postanawiają wysłać go do spokojnego i idealnego miasteczka Sandford, w którym nic się nie dzieje. Tam Angel poznaje innego policjanta - Danny'ego Buttermana (Nick Frost), który aż tak dobry w robocie nie jest, ale za to uwielbia amerykańskie filmy sensacyjne o glinach. Nuda musi jednak ustąpić z Sandford, gdy przed wyborami na najlepsze miasteczko zaczyna się seria dziwnych śmierci...
Dalej fabuła zaczyna dryfować w stronę coraz większego absurdu, by doprowadzić do widowiskowego finału z przytupem. Scenariusz jest ułożony tak, że wszystkie, nawet drobne, elementy są po coś i zostają później wykorzystane. Lubię taką konsekwencję, nawet jeśli udaje mi się podczas seansu kilka razy zgadnąć, co się stanie za kilkanaście minut.

Skoro o fabule mowa: cudownie spisuje się tu aspekt meta, reprezentowany przez obsesję Buttermana na punkcie produkcji sensacyjnych. Oczywiście w finale dostajemy przezabawny pastisz tych filmów (cała produkcja opiera się zresztą na przejaskrawianiu i doprowadzaniu do skrajności klisz z buddy cop movies), ale nawet jeśli ich nie oglądacie, to nie poczujecie się źle - wcześniej jest kilka scen, które same w sobie są zabawne i nie mają charakteru nachalnej ekspozycji, ale pozwalają też zapoznać się z tą "klasyką gatunku", która później będzie parodiowana.

Kolejnym atutem filmu jest jego realizacja i strona techniczna. Przy okazji "Scotta Pilgrima" pisałam już o charakterystycznym dla Wrighta sposobie montażu. W większości filmów nie zwracamy uwagi na montaż i przejścia między scenami - dobrze, jeżeli nie są nachalne i nie rzucają się w oczy. Aspekty techniczne często są omawiane w wypadkach, w których zawodzą. Nie jest to jednak casus "Hot Fuzz" - tutaj montaż jest dynamiczny, podobnie z pracą kamery, a elementy kadru szybko pojawiają się lub znikają. I wszystko to doskonale wpisuje się w ramy konwencji, współgrając z humorem (polecam poświęcony Wrightowi film z kanału Every Frame a Painting, w którym Tony Zhou pokazuje, jak technika wpływa na tu humor niewerbalny, w przeciwieństwie do wielu amerykańskich komedii).

I nie mogę nie wspomnieć o aktorstwie - nigdy nie dość zachwytów nad tym, jaką cudowną chemię mają na ekranie Simon Pegg i Nick Frost! Aktorzy są bardzo dobrymi przyjaciółmi, ale mimo tego udaje im się wiarygodnie pokazać trudne początki znajomości dwójki policjantów. Równie dobrze wypada też ich późniejsza relacja, przekształcająca się w swoisty bromance. Aha, i warto też wspomnieć o pojawiających się w tle twarzach - w londyńskiej policji zobaczymy Martina Freemana i Billa Nighy, w Sanford Jima Broadbenta i Timothyego Daltona, i warto też wspomnieć o tym, że swoje cameo ma też Cate Blanchett jako dziewczyna Angela i... Peter Jackson jako złoczyńca-św Mikołaj (przyznam, że ich nie rozpoznałam, to Internety mi pomogły).

No cóż, zgodnie ze szkołą pisania recenzji powinnam też wspomnieć o wadach produkcji, ale (nie)stety od kilku dni po prostu zachwycam się "Hot Fuzz" i nie jestem w stanie znaleźć tu jakichkolwiek elementów, które źle zagrały. Zgodzę się, że to nie film dla każdego (ze względu na brytyjski humor - również ten czarny i krwawe sceny nie dla wrażliwców), ale ja tam jestem w stu procentach kupiona. Teraz jeszcze pozostało mi znalezienie "Wysypu żywych trupów" i czekanie na kolejne produkcje reżysera - niestety nie "Ant-Mana" (którego pewnie i tak zobaczę, ale to nie będzie to samo), ale kolejne. Obecnie czytam "Grasshopper Jungle" (które Wright ma zekranizować), więc postaram się wkrótce opisać wrażenia :D
Śledź
PS. Niemożliwym jest kupienie  "Hot Fuzz" po polsku w jakimkolwiek sklepie internetowym. Polecam wam szukanie na Allegro, ale ostrzegam lojalnie, że większość egzemplarzy to albo wersje z wypożyczalni (jak moja), albo płyty używane. Ale jak się nie ma, co się lubi...

sobota, 14 marca 2015

Strzał w dziesiątkę? Recenzja "Snajpera"


„Snajper”, najnowszy film Clinta Eastwooda, już w momencie premiery wywołał spore kontrowersje. Z jednej strony został nominowany do Oscarów, ale pojawiło się wiele głosów krytycznych, zwłaszcza pod aspektem wymowy i przekazu filmu. Oto bowiem reżyser, uznawany przez wielu za symbol typowego amerykańskiego konserwatyzmu i republikańskich wartości, zekranizował autobiografię teksańskiego snajpera, Chrisa Kyle’a, rekordzisty pod względem celnych strzału z największej odległości. Można było się więc spodziewać, że usłyszymy recenzje, w których podkreśla się szkodliwość filmowej propagandy, gloryfikacji wojny, rasizmu i nietolerancji religijnej. Część internautów uznała wręcz, że produkcja ta, wraz z „50 twarzami Greya” odpowiada niemalże za całe zło tego świata. Warto jednak wziąć pod uwagę to, że uwagi te pochodzą przede wszystkim ze Stanów Zjednoczonych. Mimo globalizacji nadal istnieje swoisty kontekst kulturowy, w którym film ten jest osadzony, co zdecydowanie wpływa na nieco inny odbiór widza znad Wisły.
Pełny tekst znajdziesz w serwisie Wogole.net
PS.: Być może część z Was wie, że zdarza mi się pisać dla tego portalu. Oprócz prowadzenia serwisu wydawana jest też darmowa, międzyszkolna gazeta, na którą obecnie zbieramy pieniądze. Apeluję więc z całego serca - zachęcam Was wszystkich do wsparcia W ogóle poprzez crowdfunding
Liczymy na Was!

niedziela, 8 marca 2015

Szort: Dzień Kobiet - Śledź w urodziny o bohaterkach popkultury

Hej! Dzisiaj ważny dla mnie dzień - w końcu obchodzę 18. urodziny. Pierwotnie planowałam napisać o filmach z 1997, ale nie zdążyłam zrobić researchu (pamiętam tylko, że moimi rówieśnikami są Titanic, Disneyowski Herkules i Men in Black), więc postanowiłam krótko (i może nieco oczywiście) napisać o temacie, który również jest związany z dzisiejszą datą - będzie optymistycznie o kobietach w popkulturze.
Chyba każdy lubi dobrze napisane postacie - konsekwentnie prowadzone, mające własny charakter (i character development), ambicje, motywacje oraz zalety, ale też wady. Długo jednak teksty kultury opowiadały przede wszystkim o ciekawych mężczyznach. Trend ten jednak się zmienia - obecnie chyba w każdym medium mamy szansę spotkać fascynujące bohaterki, które jednocześnie się bardzo różnią.

Pojawia się coraz więcej wysokobudżetowych filmów z ciekawymi protagonistkami, które potrafią zarobić na siebie - spójrzcie chociażby na box-office'owe wyniki "Igrzysk Śmierci". Zwracam tu uwagę na blockbustery, bo odnoszę wrażenie, że to właśnie w nich, w przeciwieństwie do np. kina niszowego, brakowało dobrze napisanych bohaterek. Jak widać, to się zmienia - kiedyś mieliśmy ironiczny "Bechdel Test" (który nadal jest wskaźnikiem, że sporo zostało do zrobienia), ale warto wspomnieć też o "Mako Mori Test", który może przejść film, w którym pojawia się bohaterka z własnym wątkiem, który nie służy wsparciu męskiego protagonisty. Nawet Marvel i DC zapowiadają solowe filmy o swoich bohaterkach - Captain Marvel i Wonder Woman.
Mimo, że produkcje te nadal są w fazie planów, te i inne bohaterki bardzo dobrze mają się w swoim pierwotnym środowisku - komiksie. Koniec ze skąpo odzianymi heroinami, służącymi jako fanserwis dla nerdów. Już na blogu opisywałam Batwoman i cudowną Ms. Marvel, a to nie koniec ciekawych serii z superbohaterkami - zwłaszcza w Marvelu jest ich sporo, powstała nawet seria "X-Men" z mutantkami, a na horyzoncie mamy żeńską wersję Avengers - A-Force (pisze odpowiedzialna za Ms. Marvel G. Willow Wilson, a w składzie mają być m.in Jen Walters i Nico Minoru - nie mogę się doczekać!). Nie wspomnę już o komiksach indie, w których reprezentacja i ciekawe protagonistki to chleb powszedni.
W literaturze nigdy nie brakowało ciekawych protagonistek. Rzeczą, która chyba najbardziej się ostatnio zmieniła, jest sukces książek młodzieżowych spod znaku YA - czytają je głównie dziewczyny, które dostają bohaterki (jest ich więcej niż bohaterów) takie, jak na przykład Katniss - dalekie od ideału, ale na swój sposób silne i zmieniające rzeczywistość. Myślę, że możemy spokojnie zapomnieć o mimozowatych Bellach ze "Zmierzchu" i innych paranormal romances sprzed kilku lat. Czytelniczki (i rynek) wydają się woleć inne historie.
Minęło sporo czasu, odkąd polubiłam Hermionę Granger - dorastające dziewczynki mogą przebierać w dziełach kultury zawierających pozytywne wzorce postaci. I opowiadających ciekawe historie, a przecież o to zawsze chodziło. Wiadomo, że sporo mamy jeszcze do zrobienia, ale dzisiaj chcę być optymistką i wspomnieć kilka sukcesów kultury popularnej. A jakie są Wasze ulubione fikcyjne bohaterki?

niedziela, 1 marca 2015

Short - Batwoman #5

Cześć!
Postanowiłam wprowadzić nową kategorię tekstów na blogu. Mam mało czasu na tworzenie długich materiałów, i wiele tematów, które nadają się na te krótsze. Będą one się ukazywać pod wspólną nazwą - short. Planuję tu zamieszczać takie rzeczy, jak recapy odcinków seriali, zeszytów komiksowych, minirecenzje muzyki i (nieco starszych) filmów. Cel jest prosty - pragnę nieco ożywić blog i zmobilizować się do pisania treści, które nie są ani dla SK, ani dla W Ogóle. Mam nadzieję, że uda mi się powrócić do wakacyjnej normy ponad dwóch wpisów na tydzień, nawet, jeśli stanie się to kosztem ich długości (miejmy nadzieję, ze nie jakości).

Na pierwszy ogień idzie zeszyt, który niedawno wygrałam w konkursie Panteonu - Batwoman #5 (z restartu n52). Muszę przyznać, że przed lekturą mało wiedziałam o bohaterce (tylko tyle, że nazywa się Kate Kane i jest jedną z najbardziej prominentnych postaci queer w DC) i nie byłam pewna, czego mogę oczekiwać. W dodatku fakt, że ten numer kończy story arc "Hydrology", sprawia, że teoretycznie nie jest to najlepszy moment na zapoznanie się z postacią (ale jak się nie ma, co się lubi...). W sumie jednak zeszyt się obronił.
Pomógł w tym zamieszczony na pierwszej stronie recap, który dał nieco lepszy wgląd w backstory i psychikę (poprzez grę skojarzeń) bohaterki. Fabuła koncentruje się tu na walce z porywającym dzieci duchem Płaczącej Kobiety (Weeping Woman), skrywającym sporą tajemnicę, i organizacji DEO, która proponuje Kate współpracę. Zwłaszcza ta pierwsza część skojarzyła mi się nieco z klimatem z początków "Supernatural" (w którym pojawiały się podobne zjawy). Z tego co wiem, ciąg dalszy runu Blackmana i Williamsa również  koncentruje się na legendach miejskich, mitologii i all things supernatural, więc jeśli nadarzy się okazja, to chętnie go nadrobię.
Nadal jednak nie wspomniałam o największej zalecie zeszytu, jaką jest kreska Williamsa. Dwustronicowe panele, wykorzystujące kształt logo bohaterki, zachwycają. Doskonale współgrają z klimatem snutej opowieści (rysownik jest też współscenarzystą), a pomagają w tym kolory - otoczenie Weeping Woman utrzymane jest w palecie zimnych błękitów, a kostium Batwoman kontrastuje z tymi barwami kompozycją szkarłatu i czerni. Widać też różnicę między superbohaterską tożsamością, a odcieniami, w których przedstawiona jest Kate w cywilu.
Złym posunięciem jest rzecz jasna ocenianie całego runu po jednym zeszycie, ale jeżeli cała historia jest utrzymana w takiej właśnie stylistyce, to myślę, ze warto będzie ja sprawdzić. Mam nadzieję to zrobić, a i Was zachęcam do dania szansy akurat tej członkini Batfamily.
Śledź