poniedziałek, 28 lipca 2014

Słowo lub dwa o Comic Conie

Właśnie zakończyło się największe popkulturalne wydarzenie całego roku – San Diego Comic Con. Charakterystyczną cechą tego konwentu jest to, że 1% światowej populacji nerdów i geeków jest na nim i świetnie się bawi, a 99% siedzi przed komputerami z postanowieniem „za rok JA tam będę”. Nietrudno się domyślić, że i Śledź należy do tej drugiej grupy. Przez te cztery dni zostaliśmy zasypani taką liczbą informacji, że trudno się połapać. Przyznam szczerze, że nadal zostało mi kilka ciekawych paneli i wywiadów, które pragnę zobaczyć. Dzisiejszy, nadprogramowy wpis służy właśnie pokazaniu Wam mojej prywatnej selekcji faktów, filmów i zdjęć: tego, co mnie interesowało, bawiło, kazało na siebie czekać… i tego, czego nie było.

Zacznijmy od plakatów. Jako, że na Comic-Conie promuje się sporo filmów (głównie blockbusterów), nie można nie zwrócić uwagi na ilość wszelakich plakatów. Urzekł mnie przede wszystkim teaser poster do pierwszej części „Kosogłosa” (potwierdza on tylko niepisaną regułę, że pierwsze grafiki są najciekawsze i najładniejsze, w przeciwieństwie do kinowych plakatów dotkniętych przez „klątwę Photoshopa”). Film dostał też nareszcie teaser, o którego prezentacji mówiono już w... styczniu. 
Odnotuję tu też pojawienie się pierwszego plakatu promującego „Hobbita: Bitwę Pięciu Armii”, na którym widać Smauga, przypominającego raczej wyvernę czy żmija, niż groźnego smoka. A może to tylko ja się przyczepiam (słyszałam też głosy o skojarzeniach z anime „Attack on Titan”). Zwiastun tego filmu ma się pojawić dziś o 21 czasu polskiego.
Również Marvel obdarował nas concept-artem do „Ant-Mana” (po porzuceniu projektu przez Edgara Wrighta coraz bardziej się boję o ten film. Będzie hit lub kit, mówię Wam).
Studio sprawiło mi też wielką frajdę, publikując codziennie dwie nowe grafiki z kolejnymi Avengersami z „Age of Ultron”. Już drugiego dnia dało się zauważyć, że plakaty te, tak jak puzzle, składają się w jedną całość. Było więc czego wyczekiwać, a ostatecznie dostaliśmy „Bitwę pod Grunwaldem”, jak to orzekli polscy fani ;)

W ogóle można odnieść wrażenie, że w tym roku konwent zdominował Marvel. Miał on wiele paneli, w tym te poświęcone wspomnianym „Ant-Manowi” i „Avengersom”. Co ciekawe, w zasadzie nie pojawiło się za dużo informacji. Dowiedzieliśmy się o planach nakręcenia kontynuacji „Strażników Galaktyki”, goście w San Diego dostali kilka zdjęć z filmu i teaser „Age of Ultron” (który wywołał różne reakcje – słyszałam i głosy zachwytu, i narzekanie), ale w sumie to chyba tyle. O najbardziej kontrowersyjnych zmianach w komiksach (nowy Cap będzie czarny, a Thor będzie kobietą) usłyszeliśmy już trochę przed konwentem. Nie doczekaliśmy się potwierdzenia wielu plotek: kto będzie Doctorem Strangem (na pewno nie Cumberbatch, który ma w planach Hamleta), czy powstaje film o Black Panther i czy faktycznie zagra go Boyega, czy Marvel ma w planach solowy film o superbohaterce... można tak wymieniać bez końca.
Wrzało również na panelach serialowych. Seriale przechodzące obecnie hiatus (można powiedzieć, że to przerwa w emisji, ale hiatus to dla fandomu znacznie więcej) pokazywały klipy z wpadkami z planu (moje serce skradł udający się na własny proces tanecznym krokiem Tyrion Lannister). W ogóle obsada Gry o Tron prezentowała się sympatycznie – jeszcze nie widziałam całego panelu, ale wędrujące po portalu Tumblr gifsety bardzo do tego zachęcają. Ekipa „Supernatural” zaś pokazała teaser 10 już serii, a także zapowiedziała, że jubileuszowy, dwusetny odcinek będzie utrzymany w konwencji musicalowej (nikt już nie wie, o czym jest ten serial, nikt nie próbuje go zrozumieć. Zwłaszcza oglądający)
San Diego Comic Con to miejsce, gdzie dzieją się niezwykłe rzeczy. Można spotkać wielu cosplayerów, a pod niektórymi przebraniami kryją się czasem sławy. Peter Jackson wałęsał się po konwencie w przebraniu Złego Błazna. Kiedy zaś Spiderman odsłonił maskę, okazało się, że jest to Harry... nie, nie Osborn, a Harry Potter, a właściwie znany z tej roli Daniel Radcliffe. Z kolei pierwszy troll rzeczywistości, Misha Collins, postanowił rozdawać czekającym w kolejkach kawę.

Trochę rozczarowało w tym roku DC. Oczywiście odbyło się sporo paneli związanych z 75 urodzinami Batmana, ale na niezapowiedzianym panelu o „Batman v Superman” nie pokazano zbyt wiele. Dostaliśmy kilkunastosekundowy teaser i zdjęcia, w tym pierwszą fotografię Wonder Woman. Szkoda tylko, że Diana uległa Photoshopowi i w efekcie nie widać za dużo.

Polskim akcentem był panel CD Projekt i Dark Horse, poświęcony „Wiedźminowi”. Pokazano tam pół godziny gameplaya, a także mówiono o komiksach. Szczęśliwcy, którzy widzieli to na własne oczy twierdzą, że już się nie mogą doczekać.
Bolączką fanów od lat jest to, że wiele paneli nie jest transmitowanych, a jak już się pojawiają, to są słabej jakości. Na szczęście Nerd HQ i MTV wrzucali na bieżąco swoje wywiady do sieci.
Jeśli o animacje chodzi, rządziły Pingwiny z Madagaskaru, które pokazały światu fragment filmu. Dodatkową atrakcją panelu był Benedict Cumberbatch, który pozował z pluszowym pingwinem i udzielił kilku wywiadów. Niestety pokazywany w Stanach od Święta Dziękczynienia film w Polsce zagości 30 stycznia (znając życie, tylko z dubbingiem). Pozwolę też sobie odnotować, że Disney zapowiedział czwartą już część „Toy Story” i zdradził kilka szczegółów dotyczących fabuły.
Moim największym rozczarowaniem jest jednak sprawa Deadpoola. Niestety przed Comic-Conem przeczytałam spekulacje, jakoby Fox miał na SDCC potwierdzić produkcję i czekałam na to z entuzjazmem. Nic takiego się nie stało. Dziś w dodatku do internetu wyciekła testowa scena nakręcona w 2011, która tylko zaostrzyła mi apetyt na więcej takiego najemnika z niewyparzoną gębą.
No cóż, to chyba tyle informacji, którymi chciałabym się z Wami podzielić. Przez cały Comic-Con miałam wrażenie, że wiele się działo, ale po podsumowaniu, ciekawiących mnie informacji nie było aż tak wiele. Nie zrozumcie mnie źle – nie narzekam, czekając na kolejne newsy, oglądając zdjęcia, filmy i dyskutując o tym wszystkim bawiłam się naprawdę dobrze, choć na odległość. Teraz czeka nas kolejny całkiem zwyczajny rok... a już w następnym lipcu znowu napiszę coś z domowego zacisza o tym swoistym Cannes popkultury. A może będę mogła zdawać wam relację na żywo? Kto wie, ponoć marzenia się spełniają...

Śledź

piątek, 25 lipca 2014

Bohaterka taka jak my, czyli nowa Ms. Marvel

Marvel wydaje co miesiąc trzy lub cztery miliardy komiksów. Oczywiście nie sposób śledzić wszystkich serii, a nie tylko laikowi w wyborze zeszytu przyda się rekomendacja. O nowej serii Ms. Marvel dowiedziałam się dzięki bardzo pozytywnej recenzji Ichaboda, jednak nie uchroniła mnie ona od wątpliwości. Może i zmiana bohaterki nie była aż tak kontrowersyjna, jak nowa Thor (na którą czekam z entuzjazmem, ale to długi temat, o którym wielu się już wypowiedziała), ale przypomnę tylko, kto przejął pałeczkę po Carol Danvers, która jako Captain Marvel poleciała w kosmos. Nową Ms. Marvel jest Kamala Khan, nastoletnia muzułmanka z New Jersey, która uwielbia Avengersów. Już samo to zdanie pokazuje, jak ryzykowny był to projekt. Tym bardziej cieszy to, jak dobry się okazał.
Sama bohaterka (cieszy mnie to, jak rośnie ilość solowych serii superbohaterek Marvela) jest świetnie napisana. Oczywiście pojawia się wątek pochodzenia i religii, ale nie stanowi on pierwszego planu, uzupełniając historię w niebanalny i daleki od stereotypu sposób. W końcu co członek rodziny, to inne podejście do zasad islamu (Kamala nie lubi „dziwnych świąt” i na samym początku z ciekawością obwąchuje hamburgera z bekonem), a nielubiany przez dziewczynę szejk może, zamiast ględzić „o szatanie i chłopcach”, dać cenną lekcję o pomaganiu ludziom. Znacznie ważniejsze jest jednak to, że Kamala to nieco zagubiona w nastolatka, która próbuje się w świecie (z różnym skutkiem) odnaleźć. Czasem okazuje się, że w życiu towarzyskim bardziej niż tożsamość kulturowa przeszkadza nerdowska fascynacja Avengersami, o których bohaterka pisuje fanfiction (fajnie wypada scena, w której Ms. Marvel spotyka innego superbohatera i zaczyna fangirlować oraz opowiadać mu, co też o nim wypisała). Nietrudno Kamalę polubić i zrozumieć, nawet jeśli na pozór tak różni się od czytelnika.
New Jersey oplata jednak błękitna mgła ex machina (rodem z crossoveru Inhumanity), sprawiając, że bohaterka po serii halucynacji (w których Steve, Tony i Carol przemawiają językiem urdu) zyskuje supermoce i postanawia wykorzystać je, żeby wyglądać jak blondwłosa Ms. Marvel i ratować świat. Twórcom udaje się przy tym przemycić cenną lekcję o samoakceptacji bez dydaktycznego smrodku, dając nam fantastyczną genezę bohaterki, która może jeszcze z motyką na Słońce się nie porywa, ale chroni Jersey City przed mniejszym i większym złem, wymykając się w nocy z domu.
Historia, świeża i nieoklepana, jest opowiadana w bezpretensjonalny sposób. W dodatku utrzymana zostaje krucha równowaga między poważniejszymi tekstami, które przekazują uniwersalne prawdy, a tymi lżejszymi, rozładowującymi nastrój. Trudno mi znaleźć coś, co mogłabym skrytykować.
Dużą zaletą komiksu jest jego strona wizualna. Pierwsze pięć numerów zdobią przepiękne rysunki Adriana Alphony. Tym większa szkoda, że ostatni, szósty zeszyt był tworzony przez innego artystę. Zostaje jednak odpowiedzialny za kolory Ian Herrin, który używa tu ciepłych, pasujących do ujmującego tonu historii barw. Podoba mi się trend w Marvelu, który ma wyróżniać każdą serię charakterystyczną kreską (vide przepiękna „Black Widow” rysowana przez Phila Noto czy „Hawkeye” zdobiony minimalistycznymi okładkami i rysunkami Davida Aja)

„Ms. Marvel” miała wszelkie predyspozycje, by stać się niewypałem. Powstał jednak fantastyczny i ciepły komiks. Wpisuje się on w trend związany z wysuwaniem na pierwszy plan coraz większej ilości kobiet i PoC (People of Color) w Marvelu, ale na pewno spodoba się osobom spoza tych grup. Mogę go spokojnie polecić każdemu, nawet czytelnikom nie czującym się pewnie w wielkim i pełnym crossoverów uniwersum Marvela. Myślę, że nie będziecie żałować tej lektury.
Śledź
PS. Jeszcze kilka uwag o "No Normal" - wydaniu, które posiadam. Jest w miękkiej okładce, zawiera zeszyty 1-5 i dodatkowy materiał z "All-New Marvel Now: Point One". Dodatkowe atrakcje to szkicownik Adriana Alphony, strona poświęcona procesowi kolorowania i mała galeria variantów.

wtorek, 22 lipca 2014

Popkultura odziana w pelerynkę

Cześć,
Oto mój pierwszy artykuł na blogu. W związku z wakacjami i premierami filmowymi, dziś zamierzam pisać o niezwykle istotnym elemencie popkultury - superbohaterach.
Jeśli, tak jak ja, regularnie sprawdzacie listę nadchodzących filmów, na pewno rzuciło wam się w oczy, że w tym roku mają miejsce aż cztery premiery produkcji opartych na komiksach Marvela. Są to: druga część Kapitana Ameryki i Spidermana, „X-Men: Przeszłość, która nadejdzie” i „Strażnicy Galaktyki”. Okazuje się, że herosi przejmują też mały ekran: mimo że obecnie emitowane są dwa seriale (jeden Marvela, drugi DC), to coraz śmielej mówi się o planach produkcji kolejnych. Możemy chyba śmiało powiedzieć, że komiksowe historie przeżywają obecnie swój renesans.  Jak to się jednak stało, że superbohaterowie po raz kolejny zawładnęli wyobraźnią ludzi z całego świata, nawet tych, którzy nigdy w życiu nie przeczytali ani jednego zeszytu o ich przygodach?
Myślę, że na tak duży sukces złożyło się kilka czynników. Oczywiście ekranizacje komiksów powstawały już w latach 70. i 80., jednak w tamtych latach jakość efektów specjalnych pozostawiała wiele do życzenia, a same filmy często wywołują dziś śmiech u widza. W Internecie łatwo znaleźć porównanie ówczesnych „Avengersów” do bohaterów hitu z 2012 roku. Okazuje się, że tak krótki okres w Hollywood równy jest niemal epoce. W 1989 powstał kultowy już „Batman” autorstwa samego Tima Burtona, który wyreżyserował też drugą część. Jednak poziom kolejnych systematycznie spadał i zraził wielu do tego rodzaju filmów.
W 2000 roku powstała ekranizacja przygód jednej z najsłynniejszych drużyn Marvela – X-Menów. Odniosła ona ogromny sukces komercyjny, a kolejne filmy powstawały coraz szybciej. Następnym kamieniem milowym była trylogia „Mrocznego Rycerza”, którą wyreżyserował Christopher Nolan. Nie stanowiła ona jednak kontynuacji historii rozpoczętej przez Burtona, tylko była tak zwanym rebootem, czyli rozpoczęciem opowiadania dziejów na nowo. W dodatku twórca postanowił odejść od ścisłego ekranizowania komiksowego kanonu, którym tylko się inspirował. Powstało mroczne dzieło, które zyskało uznanie zarówno krytyków, jak i widzów, zwłaszcza druga część, z niesamowitym Heathem Ledgerem jako Jokerem. Jest ona obecnie czwarta w rankingu filmów portalu IMDb ze średnią oceną 8,9/10.
Kolejną rewolucją było rozpoczęcie produkcji własnych ekranizacji w 2008 przez Marvel Studios. Użyłam słowa „rewolucja” z rozwagą, bowiem nikt wcześniej nie stworzył tak spójnego filmowo-komiksowego uniwersum, w którym bohaterowie wzajemnie na siebie oddziałowują. Jeszcze na kilka miesięcy przed premierą „Avengersów” internauci dzielili się ze sobą wątpliwościami, czy ta śmiała próba wypali. Jednak film stał się wielkim sukcesem, a mnóstwo ludzi zainteresowało się komiksami.
Następnym czynnikiem  wpływającym na popularność tego gatunku jest wzrost znaczenia nerdów i geeków w popkulturze. Obsesja na punkcie czegoś już dawno przestała być powodem do wstydu, dumnie obnosimy się z fanowskimi koszulkami, przypinkami i innymi gadżetami. Znamienne jest to, że rozwój fandomu (społeczności fanów) w Internecie przypada na ostatnie lata, akurat wtedy, kiedy powstaje m.in. uniwersum Marvela, filmy o Spidermanie, prequel X-Menów i reboot Supermana. Żeby dołączyć do komiksowego fandomu, nie trzeba przeczytać ani jednego zeszytu, nie trzeba też obejrzeć wszystkich filmów. Szkoda jednak tracić tyle dobrego…
Ekranizacje komiksów bywają lepsze i gorsze, ale charakteryzuje je, że są robione w taki sposób, by spodobały się praktycznie każdemu. Można w nich odnaleźć wartką akcję, coraz lepsze efekty specjalne, obowiązkowe nawiązania do komiksów i innych filmów, cięte riposty oraz znanych i lubianych aktorów (w filmie „Mroczny Rycerz powstaje” wystąpiło aż czterech laureatów Oscara). I, co ciekawe, ten „każdy” coraz częściej okazuje się być kobietą. Wystarczy zwrócić uwagę na ilość umieszczanych bez związku z fabułą męskich półnagich ciał, żeby upewnić się, kto właściwie jest tu targetem. Słusznie zdefiniowanym targetem, patrząc na to, kto właściwie w fandomie się udziela (rzecz jasna nie przez ten średnio udany zabieg marketingowy).
Oczywiście można narzekać na superbohaterów i całą popkulturę, mówiąc, że jest ona nastawiona na komercję i nie ma nic wspólnego z szerzeniem dobrego gustu. Można cytować PRL-owskie kroniki filmowe, w których ujęcie chłopczyka kupującego komiks jest okraszone zgrabnym frazesem „7 grzechów głównych za jednego dolara”. Jednak uważam, że takie podejście jest dla superherosów krzywdzące i dużo się traci, mówiąc w ten sposób.

Masz ochotę na dwie godziny dobrej zabawy? Obejrzyj „Avengersów”. Jeśli wolisz ambitne kino, zobacz koniecznie „Mrocznego Rycerza”. Możliwości jest wiele - to od was zależy, jak będziecie konsumować (pop)kulturę.
Śledź

Na dobry początek

Cześć,
Witam Was na moim nowym blogu. Zamierzam pisać o wszystkim, co w popkulturze mnie zainteresuje - publikować recenzje książek, filmów, seriali, komiksów, zamieszczać felietony z moimi rozważaniami, informować Was o nowościach. Dlaczego? Po prostu to lubię, a po roku publikowania artykułów w Staszic Kurierze postanowiłam spróbować czegoś nowego. Nigdy wcześniej nie blogowałam, na początek postaram się wrzucać tu moje teksty dwa razy w tygodniu - we wtorki i piątki oraz dodawać też wpisy związane z aktualnościami - na pewno napiszę słowo lub dwa o zaczynającym się w środę Comic-Conie w San Diego.
Dziś chciałabym się z Wami podzielić artykułem z ostatniego Staszic Kuriera. Podjęłam w nim temat rosnącej popularności superbohaterów i przyczyn tego zjawiska. Mam nadzieję, że moja twórczość się Wam spodoba.
Śledź