Przejdź do głównej zawartości

Lets go and do some SCIENCE! Czyli recenzja Big Hero Six

Chciałam pójść na film. Całkiem sporo na niego czekałam, interesowałam się wiadomościami o nim, planowałam napisać recenzję. W zasadzie pójście na "Kosogłosa" miałam zaplanowane, gdy rok temu wychodziłam z sali kinowej po "W pierścieniu ognia". Ale po drodze pojawił się cudowny zwiastun nowego filmu Disneya, który pokazałam całej rodzinie. I tak oto już dzień po premierze familia Śledziów znalazła się na seansie "Wielkiej Szóstki". I świetnie się bawiła.
But first, lemme take a #SELFIE (musiałam)

Wydawać by się mogło, że nie miałabym nic do roboty w sali kinowej wypełnionej dziećmi (i rodzicami), które wydają się być grupą docelową każdej disneyowskiej produkcji. Uważam jednak, że o wielkości tych animacji stanowi fakt, że mogą sprawić frajdę osobie w każdym wieku. Zwłaszcza, że "Wielka Szóstka" była promowana jako film (luźno)oparty na komiksach Marvela.
Napisałam już, jak uroczy potrafi być ten film?

Jak to często bywa, nie zapoznałam się z materiałem źródłowym, ale dzięki internetowi dowiedziałam się o wielu wprowadzonych różnicach (w tym o kontrowersjach związanych z "wybieleniem" postaci Freda). Akcja wersji filmowej dzieje się w futurystycznym mieście San Fransokyo, gdzie razem z ciotką i bratem mieszka nastoletni geniusz Hiro Hamada. Chłopak wykorzystuje swój talent na nielegalnych walkach botów, do czasu, gdy jego brat Tadashi pokazuje mu znajdującą się na uczelni "nerdownię", w której razem z przyjaciółmi robi SCIENCE. Oczywiście Hiro od razu postanawia wziąć udział w konkursie naukowym, w którym nagrodą jest indeks (a design i animacja przygotowanego wynalazku są prze-cu-dow-ne). Jednak nie można zapomnieć, że oglądamy produkcją studia odpowiedzialnego za takie filmy jak "Król Lew" - podczas pokazu zdarza się tragedia, która sprawia, że Hiro pogrąża się w smutku, a potem postanawia pokonać tajemniczego zamaskowanego villaina, który ma być odpowiedzialny za nieszczęście. A wsparcia udziela mu właśnie ekipa z "nerdowni" i zaprojektowany przez Tadashiego medyczny robot Baymax.
Nietrudno polubić taką ekipę, nawet (a może zwłaszcza) w cywilu

Najjaśniejszym punktem filmu są właśnie bohaterowie: ich sukces polega na tym, że to grupa zupełnie różnych postaci, z których każda okazuje się wychodzić poza ramy stereotypu. Robot Baymax jest niezaprzeczalnie uroczy, ale po wgraniu mu nowego programu potrafi kopać tyłki (jak Neo po wgraniu mu nowego... Oh wait). Twardzielka GoGo okazuje się być niezwykle lojalna i wielkoduszna, a uwielbiajaca róż blondynka Honey Lemon może być bad-assem z laboratorium chemicznym w  torebce (duży punkt dla Disneya, strasznie mi się podoba wprowadzenie właśnie takiej postaci kobiecej). Wasabi zaś okazuje się być miłującym porządek i przepisy pedantem (choć mi to podchodzi pod OCD) z lękiem wysokości, jednak i tak jest ważnym ogniwem drużyny. Nawet Fred, zupełnie "nienaukowa" maskotka wydziału, nie jest tylko typowym luzakiem. W ogóle jest to świetna i zabawna postać, ale tylko do momentu, w którym łapiemy się na tym, że to właśnie z nim możemy się najbardziej utożsamiać...
Uwielbiam to, jak napisana została Honey Lemon. Nawet nie przeszkadza mi to, że z wyglądu bardzo przypomina Roszpunkę.  

Sama fabuła zaś jest bardzo fajna (i jak słusznie zauważa Malkontentka, w nieglupi sposób pokazuje młodszej widowni dość trudny temat przepracowania żałoby po bliskich). Znajduje się w niej miejsce i na śmiech, i na łzy. Akcja czasem pędzi na złamanie karku, a czasem daje moment wytchnienia, ale na pacing nie można narzekać.
MIKROBOTY. Nuff said.

Dobrze spisuje się również animacja (jak zawsze u Disneya). Po "Zaplątanych" i "Krainie Lodu" wydaje się, że Disney odnalazł już swój charakterystyczny styl również w animacji komputerowej. Każda z postaci tworzących Wielką Szóstkę wyróżnia się nie tylko charakterem, ale również graficznie. Świetnie też został wykreowany świat przedstawiony - kiedy tempo zwalnia, miło się obserwuje detale obserwujące San Fransokyo. Jego architektura to ciekawe spojrzenie na melanż zachodniej i wschodniej kultury. Muszę również powtórzyć zachwyty nad designem wynalazków (zwłaszcza mikrobotów). Mimo wszystko jednak mam wrażenie, że "Big Hero Six" nie przebiło "Frozen" pod względem animacji - ale naprawdę trudno przebić tamtą animację śniegu (przynajmniej teraz, poczekamy, zobaczymy)
Cytując Tumblra:
"A very accurate depiction of a cat owner
Also drunk people
Especially DRUNK CAT OWNER"

Co do humoru - przed premierą pojawiały się narzekania na Baymaxa, który miał stanowić element komiczny z gatunku "it's funny because he's fat". Szczęśliwie jednak udaje się przemycić twórcom te nieco bardziej abstrakcyjne dowcipy związane z relacją robota i człowieka (a propos: w kilku scenach pojawiały się idealne momenty na wykorzystanie Praw Robotyki Asimova, byłby to miły ukłon dla osób zainteresowanych tematem). Sceny zaś, w których Baymaxowi wyładowuje się bateria, są sprytnym pomysłem na pokazanie w filmie dla dzieci zachowań właściwych pijanemu człowiekowi. Film jednak nie przekracza granicy dobrego smaku - w przeciwieństwie do wielu wyświetlanych przed seansem zwiastunów przedświątecznych produkcji, na których dosyć często odczuwałam "second-hand embarassment".
Dzieje się, jest zabawnie, a całą produkcję można oglądać bez zażenowania.

"Big Hero Six" sprawdza się jako film Disneya, ale jest też świetną zabawą dla fanów filmów Marvela. Wszystkie elementy składające się na fajny film o superbohaterach są - różnorodne postaci i interakcje między nimi, dowcipne dialogi, wartka akcja, villain z tragiczną historią, widowiskowe konfrontacje, oraz REWELACYJNA scena z Fredem, w której oddany jest nieco autoironiczny hołd komiksom i czytającym je geekom. Aha, i nie zapomnijcie o scenie po napisach (na której zostało jeszcze mniej osób niż na tej po Amazing Spidermanie 2) oraz cameo Stana Lee (łatwo o nim zapomnieć, ale jak już się pojawi, to spadniecie z krzeseł). Big Hero Six nie jest powiązane z MCU, ale jeśli je lubicie, na pewno będzie warto zobaczyć animację.
Avengersi, Guardiansi: macie poważną konkurencję w kategorii "ulubiona drużyna"

Co do tłumaczenia i dubbingu - nie narzekam. Oczywiście nie miałam jeszcze okazji porównać go z oryginałem, ale polska wersja dała radę. Szczęśliwie uniknęłam częstego wrażenia, że ktoś "brzmi znajomo". Nawet umknął mi fakt, że Zbigniew Zamachowski udzielał głosu Baymaxowi, którego na pewno nie skojarzyłabym chociażby ze Shrekiem, gdyby nie napisy końcowe. Tłumacznie zaś brzmi nieźle, nawet brak w nim nadużywanych modnych zwrotów obcojęzycznych i "wierzbiętyzmów" (nie licząc kota Mohera).
W skrócie: oglądajcie. Warto. Bardzo.

Podsumowując - trudno mi narzekać na Big Hero 6, ale jeszcze trudniej spisać mi zachwyt w słowa. Dlatego nie będę dłużej przedłużać - zabierzcie znajomych nerdów, młodsze rodzeństwo lub całą rodzinę na ten film, wszyscy będą się na nim dobrze bawić. A jeśli nie znajdziecie chętnych - biegnijcie sami do kina!
Śledź

Komentarze

  1. Przypadkiem tu trafiłam ale skoro już trafiłam to skomentuję, że ja byłam "Wielką szóstką" zachwycona, i to chyba nawet bardziej od "Krainy lodu", w której denerwowały mnie pewne rozwiązania. A ten film jest tak strasznie mądry, Baymax taki kochany, każda z postaci w jakiś sposób opiera się stereotypom - jak dla mnie jeden z fajniejszych i zarazem najmniej docenionych filmów roku.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Wyzwanie czytelnicze - Geralt a baśnie

Niedawno Rusty Angel zaproponowała pisanie recenzji historii będących retellingami klasycznych opowieści, takich jak baśnie czy legendy. Nie musiałam się zbyt długo zastanawiać nad wyborem.Chciałabym w tym tekście opowiedzieć o opowiadaniach Andrzeja Sapkowskiego, który w "Ostatnim Życzeniu" i "Mieczu Przeznaczenia" zawarł sporo mniej lub bardziej zakamuflowanych nawiązań m.in. do baśni Andersena i Braci Grimm. Urodziłam się w drugiej połowie lat 90. Pamiętam więc kupowane przez tatę wiedźmińskie książki z dopiskiem na okładce: "Polityka poleca: czytaj polską fantastykę" i ilustracjami z przerażającymi mnie wówczas czaszkami. Do przygód Geralta wróciłam kilka lat później - w gimnazjum. Lektura opowiadań i sagi wywarła na mnie wtedy spory wpływ. Obecnie zauważam wady pięcioksięgu, ale nadal mam do niego sporo sentymentu i lubię powracać do świata wykreowanego przez Sapkowskiego. Jeszcze bardziej jednak uwielbiam historie zawarte w "Ostatnim Życzen...

Błękitne Cornetto, czyli recenzja Hot Fuzz

Jakiś czas temu polecałam na blogu "Scott Pilgrim vs the World". Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Edgara Wrighta. Twórczością specyficzną, ale trafiającą wprost do mojego nerdowskiego serduszka. Potem (dzięki telewizji) udało mi się zapoznać z "The World's End", które sprawiło, że zaczęłam szukać dwóch poprzednich części Trylogii Cornetto. Polowanie na DVD z polską wersją językową "Hot Fuzz" zakończyło się sukcesem, a niedawno udało mi się obejrzeć film. I wiecie co? IT.  WAS.  AWESOME. Zacznijmy jednak tę recenzję "po bożemu", czyli od przedstawienia fabuły. Głównym bohaterem jest londyński policjant Nicholas Angel (Simon Pegg, również współscenarzysta filmu). Angel to supergliniarz - poświęca się swojej pracy całkowicie i osiąga wyniki znacznie przekraczające średnią ( think Sam Vimes ). Nic dziwnego więc, że przełożeni postanawiają wysłać go do spokojnego i idealnego miasteczka Sandford, w którym nic się nie dzieje....